Internetu czas się bać!

Konferencje są fajne, można poznać niezwykle ciekawych ludzi o podobnych naukowych zajawkach, a także dowiedzieć się co w naukowych wydaniach piszczy. Po olsztyńskich serialach moja lista „do przeczytania” wydłużyła się o kilka ciekawych pozycji. Jedną z nich była książka Wojciecha Orlińskiego „Internet. Czas się bać”. Gnana ciekawością – przeczytałam. Swoje wrażenia przekazałam Kodamie, która w pewnym momencie uniosła rączkę i kazała mi to wszystko spisać. A więc, piszę. Z góry zaznaczam, że nie będzie ani długo, ani rasowo recenzencko. Rasowa recenzja powstaje w drugim pliku dla Gildia.pl.

Orliński napisał swoją książkę dla wszystkich współczesnych użytkowników internetu. Bywalców świata portali, klientów internetowych sklepów, sprzęgniętych z Google i Facebookiem stron, aplikacji, urządzeń. Dla tych, dla których życie toczy się na dwóch wymiarach: rzeczywistym oraz cyfrowym. Nie jest ona przewodnikiem, autor wyszedł z założenia, że jego czytelnicy będą potrafili kluczyć w cybernetycznych odmętach. Rzeczywiście książka najlepiej trafi do tych, którzy jasne i ciemne strony sieci już odwiedzili, w część pułapek wpadli, część szczęśliwie ominęli, a na część jeszcze się nie natknęli. Całość tworzy skomplikowany, mało ciekawy obraz rzeczywistości. Tworzy obraz rzeczywistości przerażającej. Orliński co pewien czas zapewnia, że nikogo nie chce straszyć, ale po przeczytaniu jego książki można skończyć z całkiem poważną paranoją. Do tego stopnia, że zwykłe skorzystanie z poczty elektronicznej staje się przeżyciem nowej kategorii. Prawie, jakby człowiek porywał się z motyką na oddziały CIA i FBI. A te oddziały mogą stać tuż za rogiem. Być może to były tylko moje wrażenia. Tak czy inaczej zastrzegam, że podobne stany paranoiczne mogą się pojawić w trakcie lektury lub po niej.

Dzięki niewinnie wyglądającej książce Orlińskiego można się upodobnić do Bobby'ego z Supernatural. Posiadanie własnego schronu przeciw internetowego może być całkiem zabawne.

Dzięki niewinnie wyglądającej książce Orlińskiego można się upodobnić do Bobby’ego z Supernatural. Posiadanie własnego schronu przeciw internetowego może być całkiem zabawne.

Analizie i opisowi Orliński poddał osiem strat, na które sami zezwoliliśmy, tudzież obiekt tychże utrat zapakowaliśmy w błyszczący papier, obwiązaliśmy wstążeczką i oddaliśmy z szerokim uśmiechem na ustach. Co ważniejsze, nie zawsze zrobiliśmy to świadomie. Dlatego, gdy już chcemy sięgnąć po tę naszą paczuszkę, która powinna sobie spokojnie leżeć pod ręką, a jej nie ma, wpadamy w panikę i złość. Szukamy zadośćuczynienia krzywdom, na których popełnienie się zgodziliśmy. I to nie są błahostki, według Orlińskiego w tych błyszczących pakunkach umieściliśmy osiem obiektów: wolność wyboru, prawo, dostęp do informacji, prywatność, wolność słowa, pracę, kulturę oraz transparentność. Osiem filarów podtrzymujących współczesną, światłą cywilizację. O szczegóły dotyczące tego dlaczego, po co i jak to wszystko oddaliśmy – odsyłam do samej książki.

Mniej więcej tak, jak Doktor możemy oddać nasze prezenciki, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Mniej więcej tak, jak Doktor możemy oddać nasze prezenciki, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Pośród wielu bohaterek książki (pułapek cyberprzestrzeni) znajduje się wiele takich, które dotyczą codziennego funkcjonowania. Dlaczego codziennego? Ponieważ w 2014 roku jesteśmy już całkiem na stałe przyrośnięci do urządzeń mobilnych oraz tego, co oferują w sprzęgnięciu z internetem. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo na nich polegamy, dopóki nam tego nie zabraknie. Najprostszym sposobem jest wyjazd za granicę. Drogie usługi roamingowe sprawiają, że raczej nie sięgniemy swobodnie po synchronizowane przez sieć aplikacje z mapami, aby dowiedzieć się, gdzie zabłądziliśmy. Oczywiście, możemy temu zaradzić i zainstalować sobie oprogramowanie działające offline. Moja mała wycieczka na drugi kraniec globu była zbyt szalona, abym zdążyła się w coś podobnego uzbroić, dlatego bardzo szybko odkryłam, jak bardzo brakuje mi map Google’a. Albo jakiejkolwiek innej mapy, ale to ostatnie to już moje popisowe gapiostwo.

Obrazek nie do końca pasujący do tekstu, ale zagubiony Sam jest zawsze uroczy. But nie mapa, ale też potrzebny do chodzenia i zwiedzania.

Obrazek nie do końca pasujący do tekstu, ale zagubiony Sam jest zawsze uroczy. But nie mapa, ale też potrzebny do chodzenia i zwiedzania.

Innym przykładem na nasze zrośnięcie z siecią może być sytuacja, w której tej sieci nagle zabraknie. Choćby w wyniku przepalenia przez piorun przewodów na odcinku 5km, połączonego z niezwykłą ospałością machiny naszego providera i jego zapewnieniom, że przecież wszystko działa (a nie działa). Ponownie przykład z autopsji – coś podobnego zdarzyło się w moim końcu wszechświata jakieś dwa lata temu. Ot, intensywnie burzowy sezon nad Polskę przyszedł i rozłożył swój kramik na dłużej. Konsekwencje były różne, u nas wiązały się z odcięciem od cyberświata. Większość dialogów w domu przebiegała zgodnie z dość przewidywalnym scenariuszem:

– Trzeba załatwić/sprawdzić/pojechać do XYZ.
– A, w porządku. To ja sprawdzę w goog… A nie. Nie sprawdzę. Internetu nie ma.

Dopiero wówczas uderzyło mnie, jak dziwnie urzeczywistniły się książki science fiction. Może nie do końca tak, jak wymyślili to sobie pisarze, jednak do pewnego stopnia zaczęliśmy już teraz istnieć w cyberprzestrzeni. O tym uzależnieniu pisze również Orliński, choć jego bardziej interesują mechanizmy, które do tego doprowadziły, a także ich możliwe skutki. Posiadanie internetu jest wygodne, jest ciekawe, są kotki, są filmiki, jest gdzie puzzle ułożyć, można pogadać ze znajomymi, którzy właśnie wstają w Tokio, albo wstają w Stanach Zjednoczonych. Problemem okazały się jednak firmy, które na tych udogodnieniach chcą zarobić. A nie robią tego tak całkiem fajnie i użytkownikom na rękę wcale nie idą. Biznes, proszę państwa, czysty biznes.

Penny też wpadła w nałóg - u niej to były gry elektroniczne. W Big Bang Theory strasznie ten motyw został przerysowany, ale w nałogi wpadamy w dość podobny sposób - przez przypadek, mimochodem.

Penny też wpadła w nałóg – u niej to były gry elektroniczne. W Big Bang Theory strasznie ten motyw został przerysowany, ale w nałogi wpadamy w dość podobny sposób – przez przypadek, mimochodem.

Ponieważ na dniach będę się mogła szczycić mianem autorki wydanej, bardzo zainteresował mnie rozdział dotyczący utraty kultury. Powiem bez ogródek – nie napawa on zbytnim optymizmem, a nawet wpędza we wspomnianą już wcześniej paranoję. Polska jest krajem piracącycm kulturę, z powodów przeróżnych, z których większość poznawczo doskonale rozumiem. W większości są proste – piracimy, ponieważ inaczej nie dotrzemy do pożądanych tekstów kultury. Fani koreańskiej popkultury mogą tylko pomarzyć o zakupie płyt w sklepie, czy obejrzeniu w telewizji serialu z tego kraju. Pozostaje im zbieranie grosików, zamawianie z Korei bądź Chin, a seriale… na szczęście dla tychże fanów niektóre serie są odkodowane i można je oglądać z Polski. Ale tylko część.

Nawet Jeremy z You're Beautiful nie rozumie, czemu koreańskie seriale nie pojawiają się w polskiej telewizji.

Nawet Jeremy z You’re Beautiful nie rozumie, czemu koreańskie seriale nie pojawiają się w polskiej telewizji.

Problem, według Orlińskiego, tkwi nie w samym odbiorcy, ponieważ on jest tylko ostatnim ogniwem całego łańcucha. Problemem jest środek, a mianowicie – pośrednicy. W świecie książki takim pośrednikiem zwykle jest dystrybutor, który książki odbiera, przechowuje, przekazuje dalej. W cyberświecie pojawiają się dodatkowe ogniwa, które chcą sobie z tortu, jakim jest dzieło, coś uszczknąć. A to dlatego, że umieszczą gdzieś reklamę, a to dlatego, że w ogóle dopuszczą taką informację do obiektu, a to z powodów przyczyn i tyle. Innym dość niebezpiecznym zjawiskiem, jakie się pojawiło ostatnimi czasy jest wymaganie pracowania za darmo, dla samego lansu i splendoru, jakim powinno być umieszczenie danego dzieła w sieci, dopuszczenia innych do jego obejrzenia, posłuchania, czy poczytania. W końcu na poczuciu zajebistości można wyżywić siebie, rodzinę i pół głodującego świata. Wytwarzanie kultury powinno być wartością samą w sobie, a pieniądze zarabiać na tym mają inni. Mówię wam, włos siwieje, kiedy się robi w kulturze i podobne rzeczy czyta. Makabra. Nie, żebym wcześniej podobnych ruchów czy mechanizmów nie zauważała. Po prostu one wyglądają inaczej wydrukowane na kartce, zestawione z cyferkami czy innymi danymi. Teraz już skończę, bo sama siebie wrzucę w depresyjny dołek. Rozdział fajny. Świetnie napisany. Przeczytałam w autobusie cały, w jakieś czterdzieści minut (korek był).

Czasem każdy się boi, nawet Dean Winchester.

Czasem każdy się boi, nawet Dean Winchester.

Słowem końcowym, trochę bardziej recenzjopodobnym: „Internet. Czas się bać” jest książką publicystyczną, napisaną świetnym, lekkim stylem, który wciąga czytelnika i nie chce puścić. Jednakże można ją uznać również za książkę popularnonaukową, jeśli weźmie się pod uwagę ilość źródeł, na które powołuje się autor. Pośród nich znajdują się artykuły prasowe tak drukowane, jak i cyfrowe, książki, opracowania, raporty z badań oraz informacje z wystąpień konferencyjnych. Nie można Orlińskiemu zarzucić, że się do pracy nie przygotował. Czasami, w niektórych rozdziałach, trochę za mocno odbiega od głównego tematu, być może właśnie za sprawą zbyt dokładnego przygotowania się do jego opisania. O niezwykle ciekawe dygresje nigdy nie jest w końcu trudno. Poza tym ogólnym zarzutem (a jakiś zawsze powinien się w końcu pojawić, bo za dobrze na tym świecie być nie może) mam jeszcze jeden. Mianowicie – nieobecność fanów oraz ich praktyk w analizach Orlińskiego. W niektórych rozważaniach aż krzyczałam na tekst, żeby się przesunął, bo tu czegoś jeszcze brakuje. Tak, naukowo zajmuję się fanami, więc jestem spaczona już na wstępie. Jednakże, jeśli omawia się życie kulturalne dziejące się w cyberprzestrzeni fanostwa po prostu nie może zabraknąć. Byliście kiedyś na tumblerze? Jeśli nie to polecam zajrzeć, acz trzeba mieć mocne nerwy na początku i nie uciec zbyt daleko. Poza tym, pomimo działania wielu personalizujących wszystko algorytmów, to właśnie fani znajdują dziury w systemie i się przez nie prześlizgują. Zmieniają IP, aby obejrzeć nowego Sherlocka razem z Brytyjczykami, przekazują sobie informacje, które mogą zostać zablokowane, tworzą całe bazy danych z niedostępnymi nigdzie plikami, albo bazy wcale nie oparte na algorytmach korporacyjnej już wikipedii. Są mistrzami szukania, przeczesywania i kopania w cyberprzestrzeni w poszukiwaniu pożądanych przez siebie informacji. To również jest aspekt zrośnięcia się z internetem, ale zrośnięcia się bardziej pragamtycznego, użytkowego, świadomego. I już przestanę, bo ja tak mogę długo.

Po ponad dwóch latach czekania, fanki nie wytrzymałyby nawet kolejnego dnia bez Sherlocka. Zwłaszcza mając dostęp do tumblr.

Po ponad dwóch latach czekania, fanki nie wytrzymałyby nawet kolejnego dnia bez Sherlocka. Zwłaszcza mając dostęp do tumblr.

Książkę – polecam. Rozdziały czytają się szybko, bez większych problemów. Ale też napisane są niezwykle sprawnie i przyjemnie. Ach, zapomniałabym, czytajcie przypisy. Ja je czytam. Czasami można w nich znaleźć niezwykle ciekawe rzeczy czy wyznania.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s