Divergent / Niezgodna i wiedźmowa na nią niezgoda

Divergent (u nas wydana jako Niezgodna) Veroniki Roth leży mi na czytelniczej wątrobie od 24 marca, czyli od kiedy skończyłam ją czytać. Od mniej więcej połowy to czytanie koncentrowało się na linii dialogowej i przypadkowych akapitach opisowych. Nie, nie zachwyciłam się Divergent tak jak rzesze czytelniczek na całym świecie. Nie zakochałam się ani w bohaterach, ani w świecie, ani nawet w intrydze. *Wpis zawiera spoilery.*

Trzy miesiące od przeczytania ostatniego zdania w książce chyba jestem gotowa, aby coś w miarę składnego o niej napisać. O powodach mojego niezachwytu opowiadam na prawo i lewo, ale wciąż nie mogę sobie tej opinii uporządkować w głowie, stąd – wpis. Dla porządku dodam, że nie znam polskiego tłumaczenia i za żadne skarby nie zamierzam się z nim zaznajamiać. Ponadto opieram się na tym, co ze swojej lektury zapamiętałam, trochę rozmyślnie nie wróciłam do niej ponownie; pomijając, że żadna marchewka by mnie do podobnego kroku nie przekonała. Być może jestem już za duża i za wiele przeczytałam, abym mogła się zakochać w Niezgodnej, nie pomaga również nawy analizowania fabularnych rozwiązań czy projektów światów przedstawionych.

Amerykańska okładka

Amerykańska okładka

1. Kilka słów o

Divergent jest dystopią YA (young adult) i jestem gotowa twierdzić, że to już zupełnie nowym podgatunek, który właściwie więcej ma w sobie z YA niż z samej dystopiczności. Gwoli wyjaśnienia, dystopia to podgatunek science fiction, w którym autorzy kreują przyszłość, jaka z dzisiejszego punktu widzenia może stać się rzeczywistością. Powinna ona być wewnętrznie spójna (jak każdy świat stwarzany, ale mniejsza), a także poparta niejako krytyczną refleksją dotyczącą współczesnej kondycji społecznej, kulturowej, technologicznej i tak dalej. Ach, no i nie zapomnijmy – jest z natury swojej wizją mroczną oraz niefajną, ona ma być ostrzeżeniem – „uważaj, bo taka może być twoja przyszłość”. To nie jest antyutopia, chociaż oba terminy są podobne i nieraz wykorzystywane zamiennie. Do tego worka wrzucimy 12 Małp Gilliama, Matrixa rodzeństwa Wachowskich, Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach? Philipa K. Dicka, Rok Potopu Margaret Atwood, czy Battle Royale Koushuna Takamiego.

Okładka mangowej adaptacji Battle Royale. Wydane przez Waneko

Okładka mangowej adaptacji Battle Royale. Wydane w Polsce przez Waneko

Niezgodną autorka napisała z perspektywy bohaterki, Beatrice/Tris Prior (nazwisko wiele mówiące o funkcji naszej heroiny w historii, tak marginesem), w pierwszej osobie liczby pojedynczej w czasie teraźniejszym. Co oznacza, że Tris nie „poszła” coś zrobić, a „idzie” coś zrobić, a żeby utrzymać narrację książki „(ja) idę (coś zrobić)”. Roth zdecydowała się na wykorzystanie podobnego zabiegu narracyjnego jak zdobywających sukcesy Igrzyskach Śmierci Suzanne Collins, których pierwsze wydanie ukazało się w 2008 roku (choć dla mnie one zawsze pozostaną ugrzecznioną wersją Battle Royale). Przypomnę tylko, że Niezgodna zawitała na księgarskich półkach w 2011 roku, czyli można śmiało przypuszczać, że pani Roth wykorzystała podobny zabieg, jaki trylogii Collins zapewnił sukces. Pobieżne przejrzenie recenzji w serwisie LubimyCzytac.pl pozwoli spojrzeć, że wielu czytelników sięgnęło po Niezgodną właśnie dlatego, że podobały im się Igrzyska Śmierci. Niekoniecznie jednak podobały im się one w takim samym stopniu. Ja za nim nie przepadam, dlatego mam straszny problem w ogóle się za Igrzyska zabrać. Porównania sama nie mam, nie za bardzo przepadam za teraźniejszym czasem w narracji, więc mam problem żeby się zabrać za trylogię Collins.

2. Konstrukcja świata

Zacznijmy od geografii. Świat Niezgodnej jest ograniczony do jednego miasta i to nie tylko dlatego, że właśnie tam rozgrywa się cała akcja – większość mieszkańców nie może go nawet opuścić. Poza ogroczenie wypuszczani są jedynie ci, którzy parają się uprawami i rolą. Ponieważ Tris do nich nie należy, czytelnik siłą narracji jest również w tych granicach zamknięty. Z tych samych powodów nie ma możliwości na własną rękę/oko poznać otaczający bohaterkę świat, ponieważ jest więźniem jej percepcji. Przy mało spostrzegawczych bohaterkach, albo takich dla których świat zewnętrzny jest rzeczą oczywistą (innego nie znają), podobny zabieg bywa okrutnie irytujący. To, co Tris nam opowiada o mieście możemy właściwie policzyć na palcach, a i te fakty wydają się trochę dziwne.

Przestrzeń życia w Divergent podzielę sobie na trzy strefy, dla wygody. Przede wszystkim mamy centrum, nowe, błyszczące, z obowiązkową ilością wielu wysokich albo oszklonych budynków (najlepiej i takich, i takich). To tutaj mieści się administracja, szkoły, biura, firmy budowlane, biblioteki etc. Bo elita musi mieć odpowiednie otoczenie. Drugą przestrzenią są zaniedbane, wyniszczone obrzeża, które kojarzą się ze starymi, pofabrycznymi ruinami. W nich mieszkają, a jakże, bezdomni (ludzie bez frakcji), na skraju nędzy i ubóstwa – żeby było komu pomagać. Trzecią są… lasy. W przestrzeniach urbanistycznych posiadamy parki, wszyscy o tym doskonale wiemy, jednakże w tym konkretnym mieście, niedaleko portu (i mola) mamy całkiem gęsty, dziki las, który wchłonął stare wesołe miasteczko i sobie radośnie egzystuje niezamieszkane, pełne niebezpiecznych ruin starych wysokościowców. Żeby ci, którzy kochają niebezpieczeństwo, mieli się gdzie wyszaleć. Pragmatycznie, acz mało prawdopodobnie przynajmniej z europejskiej perspektywy urbanistycznej.

Castiel też jest tym zadziwiony.

Castiel też jest tym zadziwiony.

Społeczeństwo, czyli coś bardziej dla Niezgodnej istotnego. Ludzie dzielą się na pięć frakcji (zamiast Igrzyskowych dzielnic) – Abneation (pl. Altruizm), Erudite (pl. Erudycja), Dauntless (pl. Nieustaszoność), Amity (pl. Serdeczność) oraz Candor (pl. Prawość). Polskie nazwy wyszukane w internetach. Każda z grup kieruje się jedną, najwyższą wartością ponad innymi (jakie – nietrudno się domyślić po nazwach) i w odpowiedni sposób wychowuje swoich członków, przygotowując ich do życia w społeczeństwie. Ale, jak wiadomo, nie każdy urodzony w rodzinie X będzie miał podobny temperament i zainteresowania. Dlatego też, o trwającej całe życie przynależności do danej frakcji nasze bohatery decydują w dniu 16 urodzin (około). Bo są już tacy dojrzali, tacy zdecydowani, tacy pewni swojej przyszłości (jakiś średnio kolejnych 60 lat). Zanim jednak podejmą tak ważną decyzję, przejdą test przynależności. Zależnie od podjętych w jego trakcie decyzji, odpowiednio zaprogramowana maszyna wylicza, gdzie kto powinien trafić. Ale, ostateczna decyzja, należy oczywiście tylko do danego kandydata, nikt go/jej zmuszać nie będzie. Najwyżej go wyrzucą na ulicę i do końca swoich dni nie będzie miał rodziny, oparcia, grupy, dachu nad głową czy źródła dochodu.

Dean nie jest pod wrażeniem.

Dean nie jest pod wrażeniem.

Ponieważ jeśli raz dokona się wyboru, przestaje się być oficjalnie częścią swojej frakcji czy rodziny – przynależność do grupy jest ważniejsza niż więzy krwi. Lojalność wobec obcych sobie osób ponad rodzinę. Beatrice zmienia swoją frakcję, nie czując się zdolną do wytrwania w wartościach Abnegation, wybiera tych, których zawsze podziwiała z daleka – Dauntless.

Tutaj są dwie sprawy, które wyjątkowo mi nie pasują. Przede wszystkim wiek, w którym podejmowana jest decyzja o przynależności. Nie tłumaczą go żadne rozwojowe czy psychologiczne przesłanki. Właściwie on ma sens tylko i wyłącznie wówczas, jeśli weźmie się pod uwagę, do kogo książka jest kierowana. Skoro do nastolatków, to oni będa głównymi bohaterami. Proste. No, moglibyśmy się jeszcze w ewentualnych tłumaczeniach odwołać do plemiennych rytów przejścia, które mniej więcej w tym wieku przechodzili członkowie wych plemion, ale zauważmy, że ich długość życia była relatywnie inna, a też raczej nie wybierało się wówczas profesji/zawodu. A w Divergent frakcję wybiera się raz, tylko jeden, jedyny raz. Alternatywą jest być fractionless (bez frakcyjnym) i błąkać się po ulicach.

Wiedźmy problem pogrzebany jest w tym, że książka pokzuje młodym czytelnikom, że już teraz-zaraz muszą podjąć decyzje, bo inaczej kaplica. Wrzuca ich (czytelników i bohaterów) w system, który wymaga od nich tak istotnych dla przyszłości kroków. Jako dość dorosła i oczytana czytelniczka, widzę, że jest to rozwiązanie żywcem wyjęte ze świata rzeczywistego (wybór przedmiotów w liceum i college’u w USA, wybór odpowiedniego profilu klasy w liceum w Polsce) na materię fabularną. Czyli system, który powoduje stresy i frustracje zostaje w świecie realnym, zostaje po raz kolejny podtrzymany i ustanowiony w świecie nowym, lepszym, zreformowanym. Jeśli w społeczeństwie, które sprzedaje nam się jako takie, które w porównaniu z naszym jest doskonale przemyślane, to jakim cudem nastolatkowie nie dość, że wciąż muszą wybierać swoją przyszłość tak wcześnie, to jeszcze odbiera im się możliwość zmiany decyzji? No chyba, że to ten element dystopii ma być. Ale jeśli tak, to strasznie ona słaba, mało spójna czy kreatywna.

Dean nie ma nawet na to komentarza. On i brat kilka razy zmieniali zdanie co do swojego przyszłego losu, a i tak wracali do bycia Łowcami.

Dean nie ma nawet na to komentarza. On i brat kilka razy zmieniali zdanie co do swojego przyszłego losu, a i tak wracali do bycia Łowcami.

Drugą rzeczą jest wykluczenie rodziny z systemu. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o taką rodzinę, o jaką krzyczą partie skrajnie prawicowe, a o interpersonalne związki pomiędzy jej członkami. Jeśli przez szesnaście lat pozostajemy w jakiejś społecznej grupie, wytwarzamy sieć powiązań, poznajemy się, stajemy się jednocześnie katalizatorami jak i inhibitorami zachowań. Tak działa grupa – samoregulacyjnie. Nawet jeśli rodzice doprowadzają nas do białej gorączki, to są oni częścią naszego poczucia stabilności, a także naszego poczucia tożsamości. Podobne oparcie (czasem większe, czasem mniejsze) dostajemy od przyjaciół i znajomych. W Niezgodnej nie ma wielu przyjaźni, Beatrice/Tris w obu swoich wcieleniach (jako członkini Abnegation, a potem Dauntless) opowiada nam o tym, że ma przyjaciół, znajomych, ale oni się pojawiają właściwie tylko w takiej formie – jej własnych słowach. Właściwie pierwszą osobą, z jaką nawiązuje jakąkolwiek bliższą znajomość od początku książki jest Four. Wycofany, ostry instruktor w jej nowej frakcji, który od pierwszego wejrzenia zakochuje się w naszej heroinie (nie-spo-dzian-ka!). Abnegation w ogóle mają w Divergent problemy z nawiązywaniem jakichkolwiek znajomości. Wracając,zawsze możemy skorzystać z pomocy rodziny czy przyjaciół, porozmawiać z nimi (minus przypadki patologiczne, ale nie o nie teraz chodzi, rodzina Tris jest wybitnie normalna). Tymczasem w Niezgodnej wszystkie te powiązania zostają odcięte w momencie, gdy kandydat wybiera frakcję inną niż ta, w której się urodził. Nie dość, że zostaje przeniesiony tego samego dnia do innego miejsca, przeszczepiony w inną (obcą, nieznaną) grupę społeczną, to jeszcze nakazuje mu się od pierwszego dnia przestać ufać tym, którzy przez tak długi czas byli stałym element życia. Zmienić zasady, którymi dotychczas się kierowali. Tris poświęcenie dla innych zastępuje patologicznie postrzeganą nieustraszonością, którą wciąż i wciąż musi okazywać. Nastoletniość jest dostatecznie trudnym, wyboistym i pełnym stresu okresem, nie trzeba takim jednostkom jeszcze dokładać problemów czy frustracji. Ja rozumiem znęcanie się nad główną bohaterką, czy kilkorgiem głównych, naprawdę, ale w wykreowanym przez Roth świecie to idealne społeczeństwo znęca się nad całymi pokoleniami.

3. Fabuła i główna heorina

Najważniejszą osią fabularną dla Divergent nie jest wcale tytułowa „niezgodność” głównej bohaterki, czy Wielka Intryga (która wcale taka wielka nie jest). Nie, nie. Więcej miejsca zostaje poświęcone procesowi wyboru nowej frakcji przez Tris, a następnie jej wielka walka o to, aby zdobyć miejsce pośród Dauntless. Wszystko fajnie, czasami Wielkie Intrygi służą rzeczywiście tylko do tego, aby zupełnie innym treściom nadać jako-taką spójność i przyprawić ją dynamiczniejszymi wydarzeniami. Ale, ale! W Niezgodnej chyba miało być inaczej, przynajmniej odnoszę wrażenie, że nasza główna bohaterka musiała szybko dorosnąć, zmienić się, aby poradzić sobie z tym, co przygotowała dla niej autorka.

Ponieważ Tris urodziła się jako Abnegation, poświęcała swoje życie zawsze dla innych, dobro drugiej osoby przedkładała nad własne. A przynajmniej starała się tak żyć. Nie ćwiczyła, nie uczyła się walczyć, bo to nie leżało w naturze jej frakcji. Po tym, jak zdecydowała stać się Dauntless (będącego niejako zaprzeczeniem idei Altruistów), od razu musiała przejść test sprawnościowy – wskoczyć do jadącego pociągu, wyskoczyć z niego na dach pobliskiego budynku, a potem skoczyć z tego dachu do niewielkiej dziury w ziemi i ewentualnie zmienić się rozkwaszonego pomidora. Naturalnie, nasza heroina robi te wszystkie trzy rzeczy – jakimś cudem. Coś ją gdzieś boli, ale nic sobie nie złamała, nic nie skręciła, żadnych ścięgien nie zerwała. Cud. Siłą umysłu pokonała fizykę, najwidoczniej. Na miejscu dowiaduje się, że ma jakieś dwa tygodnie na wywalczenie sobie miejsca pośród Dauntless – ze wszystkich neofitów przyjęte zostanie tylko 10 osób. Przez pierwszy tydzień ci, którzy pochodzili z innych grup trenują osobno: strzelanie do celu, podstawy walki wręcz. Muszą w ciągu siedmiu dni osiągnąć poziom równy lub lepszy od tych urodzonych pośród Nieustraszonych. Ta bzdurna zasada, zaskakująco, w tekście ma swoje wytłumaczenie – mało myślących liderów. Ale nasza heroina daje sobie jakoś radę, biją ją na kwaśne jabłko, chcą kilkakrotnie zamordować, ponieważ zagraża wstąpieniu w szeregi Dauntless komuś innemu, ale się nie poddaje.

Takie to interesujące.

Takie to interesujące.

Ba! Właściwie ta cała nagle otaczająca ją przemoc w żaden istotny sposób nie wpływa na jej psychikę, nastawienie, nastrój czy cokolwiek innego. Ale to zapewne kwestia siły umysłu i przystojnego Four, na którego widok z niewytłumaczalnych przyczyn Tris uginają się kolana. Jednakże tym, czego nie uczą nowych rekrutów jest taktyka, choć w niektórych testach jest ona od nich wymagana (co naturalnie dalej ciekawe efekty). Na tle podobnie porywczych, niewydedukowanych, pozbawionych umiejętności myślenia w walce ludzi Tris błyszczy niczym geniusz. Gorzej, że ona bystra i myśląca jest tylko w podobnym kontekście. Pomimo często powtarzanych w książce zapewnień, nie jest ona jakoś wybitnie zdolną czy genialną bohaterką. Pomijając jej nieistniejącą emocjonalną wrażliwość w kwestiach damsko-męskich, to przez całą książkę nie wpadła na to, dlaczego średnia wiekowa Dauntless jest taka niska. No, ciekawe. W końcu prowadza taki zdrowy tryb życia.

O finale książki pisać już nie będę. Pomijając, że jest to najbardziej trzymająca się kupy sekwencja w całej powieści, może ona trochę czytelnika zaskoczyć. Wprowadzenie Wielkiej Intrygi Roth nie do końca wyszło, ewentualnie za bardzo chciała z niej zrobić prawdziwą intrygę zamiast potraktowania ją jako pretekst do opowiedzenia o dorastaniu Tris. A pisać nie będę, gdyż zajęłoby mi to kolejne siedem stron co najmniej.

To nie jest tak, że ja nie lubię powieści spod gwiazdy YA, ponieważ nie jest to prawdą. Czytuję je dla przyjemności i z pełną świadomością biorę poprawkę na to, do kogo są one kierowane. Nie przeszkadza mi wysoki poziom naiwności, ponieważ nie uważam, że jest ona czymś złym czy nagannym dla fabuły w odpowiedniej dawce (jak w przypadku Więźnia labiryntu, Karneval czy Kobato.). Ale z Niezgodną mam problem, duży, wielki, na prawie sześć stron z kawałkiem z powstrzymywaniem się problem. Nadal, rozumiem, dlaczego ta książka niektórym czytelniczkom może się podobać. Mam tylko nadzieję, że w tym całym uwielbieniu będą w stanie zauważyć, że nie jest to arcydzieło.

Advertisements

3 thoughts on “Divergent / Niezgodna i wiedźmowa na nią niezgoda

  1. dylanula pisze:

    Hm, moim zdaniem niektóre informacje i wrażenia głównej bohaterki zostały tu błędnie odczytane. System frakcji jest przedstawiony przez Tris dosyć neutralnie, nigdy nie miała do czynienia z niczym innym, więc nie ekscytuje się jego zaletami i wadami, czy jej się ten system podoba, czy nie. Dziwi mnie, że nie zauważyłaś wielu przesłanek ku temu, że choć ten system długo się sprawdzał, nie jest idealny. Choćby zasada „frakcja ponad krwią”- Tris często przez to cierpi. Jasne, nie płacze dzień w dzień w poduszkę, co już jest dosyć dziwne jak na Sztywniaczkę, która zasiliła szeregi Nieustraszonych, ale umówmy się- kto by nie skrytykował książki przeładowanej płaczem i żalem z tęsknoty do rodziców? Właśnie. Dlatego moim zdaniem motywy tego typu występują w książce w dobrej ilości. Drugą rzeczą jest jednorazowy wybór- jest to parę razy komentowane w książce i na pewno nie są to pozytywne komentarze. Kolejną, nienazwaną po imieniu, ale łatwą do wychwycenia wadą tego systemu jest kruchość stosunków między-, a nawet wewnątrzfrakcyjnych. Altruizm chce poprowadzić dalej plan sprawdzający się od wieków, na co w odpowiedzi zostaje zaatakowany przez Nieustraszonych pod kontrolą Erudycji. Frakcje zostały po coś stworzone, przywódcy Altruizmu zdają sobie z tego sprawę i ciągną to dalej, jednak reszta frakcji wątpi w słuszność takiego postępowania. No bo jak to tak, zamknęli nas w klatce, a teraz chcą wypuścić, wykorzystać i porzucić? Nie, nie, nie. Tak o to w idei ( i tylko w idei) to idealne społeczeństwo dzieli się, a zamiast dialogu mamy mordowanie się nawzajem. Czytając Wierną (Allegiant, jeśli wolisz oryginalne tytuły) z dwóch perspektyw, potrafiło się zrozumieć motywy obu stron i dawało czytelnikowi możliwość opowiedzenia się po którejś z nich. Mnie osobiście bardzo się to spodobało, bo Veronica Roth pokazuje, że świat nie jest czarno-biały (wbrew mądrościom Prawych ;), nie ma absolutnego dobra i absolutnego zła. Istnieją także odcienie szarości, których zignorować nie możemy. Podobny zabieg występuje w Igrzyskach, tam również mi się spodobał i choć muszę się zgodzić, że Niezgodna została wykreowana w oparciu o Igrzyska Śmierci, nie przeszkadza mi to. W IŚ jest to tak naprawdę jeden z głównych motywów, nikomu nie wolno ufać, każdy ma swoje za uszami i takie tam. W Niezgodnej jest to temat bardziej poboczny, pewna grupa postaci jest obdarzona większą dozą zaufania Beatrice, niż ma to miejsce w przypadku Katniss.
    Ot, takie moje zdanie, może trochę przybliżyło to odczucia trzynastolatki, którą jestem :)
    Pozdrawiam!

    Lubię to

    • Aninreh pisze:

      Po pierwsze – dziękuję za komentarz i perspektywę, zawsze dobrze porozmawiać z kimś, kto ma inne wrażenia :) Chciałabym też zaznaczyć, że ja rozumiem, dlaczego Niezgodna się czytelniczkom podoba, ale już niekoniecznie przekłada się to na moje jej polubienie. Być może chodzi o wiek, być może o tak zwane doświadczenie czytelnicze, czy też to, czego szukałam w tej książce, a ona mi jej nie dała. I z literaturoznawczego punktu widzenia tej powieści naprawdę sporo brakuje (co nie zmienia faktu, że może się czytelnikom i czytelniczkom podobać :D).

      Jeśli chodzi o sam system – tutaj ważna jest jest też perspektywa czasowa oraz kulturowa. Jeśli podobny program społeczny wprowadzilibyśmy w naszym kraju – jak sądzisz, jak by się to skończyło? (Awanturą! :D) W Stanach Zjednoczonych, na których terenie rozgrywa się Niezgodna, byłoby podobnie – to jest społeczeństwo zbyt przyzwyczajone do swojej wolności. którą dla wyższych celów są w stanie ograniczyć (vide Patriot Act), ale nie pozwolą na przesadę. Tymczasem społeczeństwo przedstawione przyjęło na siebie grzecznie nowe jarzmo i się dostosowało, ten konformizm jest wręcz nienaturalny ze społecznego punktu widzenia. W każdej grupie znajdą się tacy, którzy nie zgodzą się na tłamszenie siebie, swojej wolności, artyzmu i tak dalej (ciekawe jest też to, że w Niezgodnej nie ma artystów jako takich – zupełny brak bohemy i anarchii – i tak, to jest znaczące z punktu widzenia konstrukcji świata, ale zaznacza jednocześnie pewien zgrzyt, artystom nie da się tak łatwo związać rąk). Roth jakoś żongluje swoimi założeniami, ale jednak trudno nie zauważyć tej rażącej i ignorowanej przez bohaterów (oraz kolejne pokolenia bohaterów) sztuczności podobnego projektu.

      Lubię to

      • dylanula pisze:

        Słowo klucz- nienaturalny :D Mnie ta (nienaturalna :D) ingerencja w geny wydała się dość przekonującym powodem, dla którego ludzie się przystosowali. To primo, secundo- dzisiaj ludzie nie daliby wprowadzić takiego systemu, bo znają wolność i są przyzwyczajeni do jej dość szerokich granic- jednak społeczności na parę pokoleń wstecz przed Tris wymazano pamięć, a później pokazano system frakcyjny i nauczono, jak w nim żyć- a jak wiadomo, czego oko nie widzi, tego sercu nie żal :D Jeśli chodzi o buntowników, czy też ich ilość, można uznać, że przez ten cały „defekt” było to zaburzone. A jak się trafił buntowniczy Niezgodny- ginął (czy też został wywieziony za płot, jak się potem okazało). Zgodzę się natomiast z tym brakiem artystów, szczerze mówiąc, w ogóle nie przyszło mi to wcześniej do głowy, a to wbrew pozorom dość ważny element układanki :D
        Przepraszam, jeśli się okaże, że to, co tu powypisywałam nie ma ładu i składu, ale o tej porze naprawdę ciężko się myśli :
        Pozdrawiam!

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s