Pół roku bez wyroku, czyli część 1 polskiego fanfika do Harry’ego Pottera

Gdy mówiłam znajomym, że czytam „Rafaela Bieleckiego. Część 1: Pół roku bez wyroku” Aniki Stasińskiej, dość często dostawałam informację zwrotną, że to strasznie słaba, okropna książka i jak recenzentki na niej umierały, musząc ją najpierw przeczytać, a potem opisać. Znajdowałam się na takim etapie lektury, że zaskoczona unosiłam jedynie brwi. Podobnej opinii nie rozumiem, choć umiem ją sobie wyjaśnić.

Trzecia wydana przez Kotori książka w serii „boy x boy” jest kompilacją blogowych wpisów, liczącą sobie prawie pięćset stron. Jest, w istocie rzeczy, parodystycznym fan fiction Harry’ego Pottera o czym informuje tak blog, jak i przedmowa. Ciekawym aspektem cegiełki jest to, że nie porzuciła ona swojego rodowodu na rzecz bardziej tradycyjnych form prozatorskich. Widać to już właściwie w spisie treści, gdzie zamiast rozdziałów pojawiają się kolejno numerowane „wpisy”. Sam tekst główny nosi wyraźne ślady medium, z myślą o którym był tworzony. Można w nim odnaleźć emotikony, a także interesujące narratorskie zabiegi skracające ilość opisów, a tym samym długość tekstu. Chociaż są czytelnicy, którzy czytają swobodnie długie, prawie dziesięciostronicowe wpisy dziennie, większość internautów, jak pokazują badania, preferuje krótsze formy. Dla umilenia lektury każdy z wpisów kończy słodka, zabawna grafika Katarzyny Nowińskiej, będącej także autorką ilustracji zdobiącej okładkę.

Okładka pierwszej części Rafaela Bieleckiego, książki autorstwa Aniki Stasińskiej. Kotori (2013)

Okładka pierwszej części Rafaela Bieleckiego, książki autorstwa Aniki Stasińskiej. Kotori (2013)

Rafael Bielecki ma pecha, wielkiego, życiowego pecha, o czym sam nas informuje, gdyż to on jest narratorem książki. W domu terroryzuje go czteroletnia siostrzyczka, a matka nie za bardzo się nim interesuje, chyba że w kwestii opieki nad małym potworem, czy wynikiem egzaminów wstępnych do prestiżowego liceum. Szkoły, do której nasz główny bohater iść za bardzo nie chce, bo jakiż to obciach na dzielnicy być uczniem w hipsterskiej placówce dla geniuszy? Zapewne mniejszy, niż znaleźć się nagle w domu wariatów, w którym wszyscy wymachują kijami i udają, że umieją czarować, prawda? Odpowiedź na to pytanie Rafael będzie musiał odnaleźć sam, na własnej skórze, ponieważ właśnie w podobne miejsce trafi. Do mieszczącego się gdzieś w Anglii zamku, będącego szkołą magii Hogpart. Gadająca szmata przydzieliła go do Slytegrinu, gdzie opiekę nad lekko zapóźnionym w czarodziejskiej edukacji nowym narybkiem objął prefekt, Lucjusz Mafroy. Brzmi znajomo, prawda? Tylko główny bohater nam się nie zgadza, ale też w tym świecie Harry’ego nie ma, jest za to jego tatuś – James, przedstawiony niezbyt pochlebnie na dodatek.

Ale, po kolei.

Kwestia fanfikowo-pastiszowo-parodystyczna

O charakterze Rafaela informuje w pierwszej kolejności okładka książki – pod tytułem tej części przygód pechowego czarodzieja z przypadku możemy bowiem przeczytać, że jest to: „Bezwstydna parodia Harry’ego Pottera, a co!”. Wstęp nie dość, że potwierdza ten motyw przewodni książki, to jeszcze dorzuca takie określenia jak „pastisz” oraz „trawestacja” (odmiana parodii). Mamy więc wyraźnie do czynienia z tekstem, który wchodzi w dialog z oryginalnym wykorzystując do tego wyśmianie oraz wyolbrzymienie, co nie trudno zauważyć w trakcie lektury jako takiej. Co jednak ciekawe, Rafael jest na pewno trawestacją i pastiszem w swojej wersji książkowej, jednak w wersji źródłowej – wpisuje się zdecydowanie w nurt fan fiction. Już pobieżne rzucenie okiem na stronę internetową pokaże, że w cyberprzestrzeni bohaterowie noszą imiona bezpośrednio zaczerpnięte z książki, występuje tam więc James Potter, Lucjusz Malfoy czy Lupin. Wszystkie nazwy własne występujące w tekście zamieszczonym na blogu są nazwami bezpośrednio zaczerpniętymi z książek o Harrym. W wydaniu książkowym zastąpili ich James Pozzer, Lucjusz Mafroy i Lupsin – zmianę zapewne podyktowało prawo autorskie oraz towarowe (do części nazw bodaj WB mają prawa majątkowe). W efekcie zmiany imion, Rafael ma w pewnym sensie podwójną osobowość – fanfikową (zabawa w czyjejś piaskownicy) i literacką (jako pastisz). Jednocześnie z polską fantazją pokazuje pewien palec, choć niekoniecznie zmierzenie, 50 twarzom Greya, czyli dość poczytnemu ex-fanfikowi, któremu wypisano z fabuły wszystkie nawiązania do sagi Zmierzch.

Ale, bardziej fanfikowo-naukowe rozważania odstawmy na bok. Nie będę się dokładnie rozpisywać o fan fiction, nie o to chodzi, zainteresowanych narcystycznie odsyłam do tekstu mojego i Kodamy na ten temat o tu.

Wpis 18 z Rafaela Bieleckiego

Wpis 18 z Rafaela Bieleckiego

Anika Stasińska eksperymentuje w Rafaelu – językowo oraz narracyjnie. Jak sama stwierdza, bawi się językiem polskim, co zresztą widać już na pierwszych paru stronach. Można się przyzwyczaić do lingwistycznych akrobacji, semantycznego tango i fleksyjnych precelków. Warto się trochę zastanowić nad sposobem, w jaki ten tekst jest napisany, ponieważ, proszę państwa, to nie jest wcale poziom literacki przeciętnego fanfika. Stasińska doskonale wie, co robi – może czasem ją ponosi wyobraźnia, jednak wciąż jest to szaleństwo pozostające w ramach tak gramatyki, jak i wymogów konstrukcyjnych tekstu. Tak po prawdzie, w Rafaelu urzekły mnie dwie sprawy. Po pierwsze, trzeba mieć sporą wiedzę z wydarzeń bieżących (przynajmniej bieżących dla powstania danego wpisu), wiele porównań czy powiedzonek zaczerpniętych zostało z polskich wydarzeń, afer, wpadek czy generalnego życia medialnego. Po drugie, tekst wymaga od nas dość szybkiego i bystrego kojarzenia pewnych faktów, książkowych i poza-książkowych, jednak robi to w taki sposób, że właściwie nie pozostajemy za nimi w tyle. Tym, co mnie raziło, był slang warszawski. Z przyczyn czysto geograficznych pozostający dla przeciętnej Trójmieszczanki czymś nieznanym. Jedno czy dwa wytłumaczenia, o co właściwie Rafaelowi chodziło, byłoby naprawdę świetnym prezentem.

Poza naginaniem dość jednak elastycznej polskiej gramatyki, Stasińska do swoich zabaw zaprosiła także gości: język angielski i rosyjski. Z czego wpadają oni w zdania w formie niekoniecznie tradycyjnie zapisanych wtrętów (na szczęście, bo moja znajomość cyrylicy nie istnieje). Znać tychże języków nie trzeba, wystarczy właściwie pobieżna, zaczerpnięta z życia codziennego wiedza na pewno się przyda i chęć odczytania na głos dziwnie wyglądających na pierwszy rzut oka spolszczeń typu „holyłud” czy „wsio rawno”, a i bardziej zaskakujące słowa na stronach książki odnaleźć można.

W Rafaelu pojawia się jeszcze jeden zabieg stylizacyjny, który, zapewne, nie wszystkim przypadnie do gustu. Mianowicie, bohaterowie książki klną. Dużo, gęsto, a bywa że i kwieciście czy z fantazją.

„Kto nigdy nie miał rodzeństwa, ten, kurwa, nie zna życia.

Człowiek dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu powinien być uzbrojony w pokłady anielskiej cierpliwości, spokoju i, dla pewności, w gaz pieprzowy tudzież szeroką taśmę klejącą, którą zaklei mordę wrzeszczącemu dzieciorowi.” (s. 7)

Do każdego, kto zmarszczy na podobną stylizację nosek: pokażcie mi szesnastolatka, który wysławia się mickiewiczowską polszczyzną. A wreszcie pokażcie mi ludzi, którym na usta nie pchałyby się inwektywy, gdyby znaleźli się w podobnie absurdalnych sytuacjach. Przekleństwa urealniają nam bohaterów, a także sytuują w określonych sytuacjach – wiecznie jojczący o dresach z podwórka Bielecki, w pierwszych dwóch spisach użalający się nad swym losem, że ma trafić do kujońskiej szkoły raczej klnąć powinien, kwestia image’u i późniejszego przyzwyczajenia. Kiedy jednak podobnym słownictwem posługuje się Lucjusz, to już nam kreuje zupełnie inny wizerunek postaci. Po dobrze ułożonym, arystokratycznym młodym człowieku nie spodziewalibyśmy się podobnego języka, tym bardziej fakt, że go używa, powinien nas tutaj zainteresować.

Kwestia relacji do Harry’ego Pottera

Jedną z cech charakterystycznych fanfików jest założenie, że czytelnik zna doskonale opisywany świat, a to oznacza, że wszelkie wyjaśnienia dotyczące jego kanonicznych elementów, historii czy mechaniki zostają pominięte, bądź szczątkowo wspomniane. W przypadku Rafaela sytuacja wygląda podobnie – znajomość tekstu kanonicznego (książek Rowling) jest w zasadzie niezbędna, aby rozszyfrować to, co zostało przerysowane oraz sparodiowane. Dlaczego w zamku są duchy, skąd się wzięły gadające obrazy, kim są prefekci i jaki jest związek między opuszczoną chatą w niedalekiej wiosce a pewną agresywną wierzbą? Rafael, będący jednocześnie narratorem całej opowieści, nam tego wszystkiego nie wyjaśni, ponieważ, zasadniczo, sam tego nie wie. Do rozpoznania tropów niezbędna jest więc nam, czytelnikom, jakaś wyjściowa wiedza dotycząca świata Harry’ego Pottera. Do tego dochodzą sprawy związane z orientacją psychoseksualna dyrektora szkoły, zadziwiające sukcesy Bieleckiego w dziedzinie eliksirów, jego podejście do samego czarowania oraz niesamowita ilość rzeczy, które jest w stanie zrobić bez tychże czarów, czyli sprawy, jakie nurtują część czytelników książek Rowling. Fantastyka wymaga od czytelnika zawieszenia niewiary, przyjęcia pewnych elementów fabularnych za podstawę czy pewnik (jak choćby istnienie magii), ale czasami autorzy zostawiają w swoich dziełach niewyjaśnione elementy, które fani nie raz z pasją eksplorują. Te wątki w książce Stasińskiej również się pojawiają (w końcu jest parodią, a więc niejako dziur w całym szukać będzie).

Spójrzcie na "Redakcję i korektę", moje serce ta notatka zdobyła. Ale też przez nią nic a nic się nie zająknęłam o błędach (a parę literówek jest, choć jak na prawie 500 stron to tyle co nic).

Spójrzcie na „Redakcję i korektę”, moje serce ta notatka zdobyła. Ale też przez nią nic a nic się nie zająknęłam o błędach (a parę literówek jest, choć jak na prawie 500 stron to tyle co nic).

Rafaela więc nie powinno się czytać bez znajomości przygód nastoletniego czarodzieja z blizną. Nie trzeba ich znać na wylot, wystarczy właściwie podstawowa wiedza, jaką można uzyskać nawet z filmów. Ona wystarczy, aby bez problemu nawigować po Hogparcie i jego zakamarkach. Bez niej też damy sobie radę, na pewno bardziej wczujemy się w zagubienie głównego bohatera i podobnie będziemy chcieli dać nogę z Hogpartowego domu wariatów.

Kwestia romansowa

Fakt, że Rafael ukazał się nakładem wydawnictwa Kotori w serii „boy x boy” szybko narzuci jeden, dość istotny wątek – gejowskiego romansu. Kto, dokładnie, zdobędzie przemocą (całkiem dosłownie) serce naszego głównego bohatera, dość łatwo przewidzieć, głównie dlatego, że przyszły Romeo numer 2 na scenie pojawia się najszybciej, a i trochę uwagi Rafael mu poświęca.

„Nade mną pochylał się jakiś chłopak z długimi do łopatek blond włosami zaczesanymi na prawo. Zimne szare oczy lustrowały mnie beznamiętnie, chociaż widać w nich było jakąś iskrę zainteresowania. Na ustach błąkał mu się drwiący uśmieszek, a blade dłonie oparł na kolanach” (s. 28).

Ale kwiatków wokoło głowy Lucjusz od razu nie ma, zgodnie z mangowym, yaoistycznym trendem. Właściwie pierwszym zbliżeniem naszych bohaterów było wywinięcie koziołka na podłodze i późniejsze podbicie przez Rafaela przyszłemu ukochanemu oka. Obu chłopców w całej książce łączy zdecydowanie trudna, bolesna relacja, nie do końca może zrozumiała (Bielecki nie jest najprostszym w obsłudze egzemplarzem człowieka), ale przynajmniej – ciekawa. Biorąc pod uwagę resztę literatury LGBT pisanej przez kobiety, tak publikowane fanfiki jak i historie oryginalne, niestety wciąż się trzeba porządnie naszukać, aby znaleźć ciekawie napisany męsko męski romans.

Pozaznaczałam specjalnie wszystkie okołoromansowe frgamenty w książce. Jak widać, całkiem dobrze się sytuacja w książce rozwija.

Pozaznaczałam specjalnie wszystkie okołoromansowe frgamenty w książce. Jak widać, całkiem dobrze się sytuacja w książce rozwija.

Nie owijając w bawełnę, czy piękne słówka – to jest dobry romans. Z całą dawką niepewności i odkryciem zakochania po stronie Rafaela oraz sterowaniem sytuacją, czy ochroną swojego ukochanego po stronie Lucjusza. Uciekanie, rumienienie się, całowanie, macanie – obaj chłopacy nie wpadają od razu sobie nawzajem do łóżka, nie mamy Wielkiej Epickiej Miłości Na Wieki, a bieganie w coraz mniejszych kółkach, trącanie się nosem, no i lizania, oczywiście. A w końcu nieźle napisana scena erotyczna na kanapie, za której przerwanie będziemy z pewnością chcieli bić.

No to łubudu

Podsumujmy odpowiedziami na dwa pytania. Czy „Rafael Bielecki” jest dobrą książką? Czy jest dobrym fanfikiem? Otóż, „Rafael” jest książką średnią, a fanfikiem jest cudownym. Rafael nie jest i nigdy nie będzie dziełem typu Zbrodnia i Kara Dostojewskiego, ponieważ jest porządnym, naprawdę nieźle napisanym fanfikiem ze wszystkimi fanfikowymi przyległościami i zaletami. Przykładanie Rafaela do dzieł literatury, które powstały z zupełnie innych pobudek, w innym czasie, szkole czy systemie pracy, mija się kompletnie z celem. Jeśli weźmie się pod uwagę tryb powstawania tekstu, trzeba przyznać Stasińskiej, że niesamowicie panuje nad wydarzeniami w książce. Co nie jest łatwe przy takim nagromadzeniu chaosu oraz absurdu. Na dodatek świetnie skonstruowała wątek romantyczny, rozkładając go w książce tak, aby czytelniczki i czytelniczki stawały na palcach i odpowiednio wyklinały drażniącą ich potrzeby autorkę. Tyle, że wszystkie miłośniczki romansów wiedzą doskonale, że właśnie po takiej zabawie w kotka i myszkę, sceny erotyczne smakują najlepiej.

Dane książuni:

  • Autorka: Anika Stasińska
  • Wydawnictwo: Kotori
  • ISBN: 978-83-63650-17-9
  • Liczba stron: 496
Advertisements

One thought on “Pół roku bez wyroku, czyli część 1 polskiego fanfika do Harry’ego Pottera

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s