O matko, co ja czytam, czyli łapiemy się za głowę przy serii „Selekcja” Kiery Cass

Po Rywalki Kiery Cass sięgnęłam impulsywnie – książka ma prześliczną okładkę, poza tym potrzebowałam czegoś bardzo niewymagającego. No więc nabyłam e-booki (nie mam miejsca na półkach, czytadła już siłą rzeczy nabywam elektroniczne) od wydawnictwa Jaguar i zaczęłam czytać pierwszą. No i poszło.

Seria Selekcja (ang. The Selection) składa się z trzech głównych książek zatytułowanych Rywalki, Elita oraz Jedyna, prequela Książę i Gwardzista (w którego skład wchodzą dwa opowiadania: Książę, poprzedzające Rywalki oraz Gwardzista, poprzedzające Jedyną) oraz sequela, wciąż nie wydanego w Polsce – The Heir. Istnieje jeszcze jedno opowiadanie, które być może znalazło się w KiG – The Queen – samej książki nie miałam jednak w rękach. Wracając do powieści Keiry Cass, czytając je, bawiłam się przednie, chociaż niekoniecznie z powodów, które w książce miały być zabawne. Zaznaczę od razu, że czasem ta zabawa odbywała się kosztem omijania niektórych akapitów albo stron. To są książki pisane ewidentnie dla nastoletnich czytelniczek, w czym nie ma niczego złego, ale w żadnym wypadku nie tłumaczy pewnych rozwiązań fabularnych czy dynamiki między postaciami.

Selekcja

Polskie okładki serii Selekcja.

W najkrótszym skrócie skrótów seria opowiada o wyborach przyszłej żony dla księcia królestwa Illéi. W tle pojawiają się niejako obowiązkowe w literaturze po Igrzyskach Śmierci problemy społeczne. A przynajmniej próbują, ale o tym za chwilę. A wszystko to opakowane w świat przyszłości, gdzie czwarta wojna światowa zmieniła nie tylko granice państw (których zrobiło się mniej), ale również cofnęła rozwój cywilizacyjny i dorobiła krajom rodziny królewskie. W głównych rolach występują: America (sic!), główna bohaterka, Maxon Calix Shreave, książę oraz Aspen Leger, ten trzeci.

Społeczeństwo podzielone

Społeczeństwo Illéi zostało podzielone na kasty wygodnie nazywane kolejnym numerkiem. Mamy więc Jedynki (rodzinę królewską, duchowieństwo), Dwójki (arystokratów, celebrytów, aktorów, wojskowych), Trójki (nauczycieli, wynalazców, pisarzy, prawników, dentystów), Czwórki (pracujących na roli, rzemieślników), Piątki (artystów), Szóstki (każdą służbę), Siódemki (ogrodnicy, pracownicy fizyczni) oraz Ósemki (bezdomni, żebracy, osoby chore). Taki stan rzeczy został ustanowiony pod koniec wojny przez Gregory’ego Illéę, pierwszego króla, niegdysiejszego magnata, zarysowanego w książce jako zbawcę narodu i wcielenie doskonałości. Już przy pierwszym takim opisie można zwęszyć zabiegi a la Rok 1984 z propagandą, zmienianiem historii oraz generalnym ogłupianiem ludzi (swoją drogą bardzo lubiany temat współczesnych dystopii spod znaku YA). Tym, co zadziwia mnie osobiście najbardziej jest konformizm osób, które zostały wtłoczone po zakończeniu wojny do danej kasty. Tym, co warunkowało zajmowane miejsce była przydatność dla państwa w momencie podziału – po długiej, wyczerpującej wojnie, okupacji, byciu wyzyskiwanym przez Chiny oraz po kolejnej wojnie o niepodległość. Jak sądzicie, ile osób było wówczas wielce majętnymi milionerami, którzy byli „przydatni”? Czytając Selekcję można odnieść na zmianę wrażenie, że ta wielka wojna była albo dawno temu, albo de facto całkiem niedawno – jakieś trzy pokolenia temu. Główna heroina wspomina nawet, że o przynależności jej rodziny do danej kasty decydował stan majątkowy dziadka. Dochodzimy więc do czegoś, czego nie rozumiem, skoro to nie jest podział, który zdążył się ukorzenić albo też wsiąknąć w społeczną świadomość, gdzie zniknął bunt? Jakim cudem ludzie, którzy w większości zostali zdegradowani, zmuszeni do wykonywania niskopłatnych prac, pozbawieni sensownych opcji wyboru, są tacy potulni? Może oceniam bohaterów z perspektywy polskiego temperamentu, ale z drugiej strony to właśnie Amerykanie całemu światu chcą udowodnić, że dla nich najważniejsza jest wolność, wybór, demokracja! (pomińmy, że oni z tą swoją demokracją to tacy totalitarni są miejscami). Słabą mają wolę, skoro w ciągu trwania jednej wojny i jednego zaboru tak szybko położyli uszka po sobie. Tyle narodów się nie poddało, a oni owszem? Nie kupuję.

No, właśnie, co Dean powiedział.

No, właśnie, co Dean powiedział.

No, ale, mamy świat kastowy, w którym kwitnie wszelkiego rodzaju dyskryminacja oraz klasizm (co ciekawe, rasizm chyba zniknął, tak samo jak osoby o innym niż biały kolorze skóry, przynajmniej narracyjnie). Tworzy nam się więc idealne pole do popisu dla bohaterów, którzy przecież będą walczyć z tym okrutnym światem – w końcu nasza główna bohaterka, Piątka, ma szansę zostać królową i coś zrobić. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Tylko, że America od samego początku pisana jest dość nastoletnio (ma w końcu siedemnaście lat), nie interesuje ją polityka czy cokolwiek poza najbliższą przyszłość i planowany ślub z Aspenem (to ten trzeci z trójkąta romantycznego) oraz związana z tym degradacja do roli Szóstki, bo to mąż ciągnie żonę do swojej kasty, a nie odwrotnie (znowu znane nam z historii awansowanie przez małżeństwo tylko po linii męskiej). America tak naprawdę nic nie zmienia swoimi rękami, jej zasługą jest to, że opowiedziała Maxonowi o tym, jak ludziom jest ciężko (książę stworzył społeczne stołówki i zaczął myśleć o zmianach) oraz przejmowała się swoimi pokojówkami do tego stopnia, że zabrała je raz do schronu ze sobą. Naprawdę, akty cywilnej odwagi. Katniss byłaby taka zawiedziona.

Simba i Timon

Tym, kto w końcu rusza sprawę kast jest książę, który w tragicznych i fabularnie wygodnych okolicznościach, staje się w końcu królem. Otóż, Maxon przygotował odpowiednią ustawę, która rozkładała w czasie znoszenie kast. Brzmi cudownie, prawda? Problem tkwi tutaj w szczegółach – Maxon nie ma pojęcia o tym, jak wyglądają relacje między grupowe, nie zna ich dynamiki, zależności, narosłych uprzedzeń, stereotypów czy punktów zapalnych, ale i tak wie, jak wszystkim pomóc. Dajcie mu aureolę i postawcie na piedestale, bo oto znalazł złoty środek.

Szydzę, wiem. Mam generalnie dość dużą odporność na zawartą w tekstach naiwność, ale i Kiery Cass jest jej za dużo. Zamiast dopasowanego do odbiorcy poziomu skomplikowania świata, dostajemy zupełnie papierową i płaską politykę. Wystarczy mocniej dźgnąć ją palcem, aby wszystko się posypało. Nie wchodźmy przy tym na pole polityki międzynarodowej, wystarczy powiedzieć, że dotychczas demokratyczne kraje Europy nagle zyskały rodziny królewskie, które przy tym wszystkim straciły na umiejętnościach myślenia.

Matrymonialne wybory miss

W Illéi, jak w większości dawnych monarchii, księżniczki wydaje się za mąż dla scementowania powiązań politycznych (handluje się nimi), książęta mają trochę lepszy los. Oni żenią się z kobietą pochodzącą z ludu, żeby umocnić więzy rodziny królewskiej ze społeczeństwem. Genetycznie rzecz ujmując – świetny pomysł, chów wsobny nigdy nie wychodzi na dobre. Ale, jak, zapytacie książę wybiera przyszłą małżonkę? W Eliminacjach! I to takich, które przypominają skrzyżowanie wyborów żon dla chińskiego cesarza z powieści Anchee Min Ostatnia cesarzowa z wyborami Miss czegokolwiek. Procedura była następująca: kandydatki w określonym wieku wypełniają ankietę, robione im są zdjęcia i pod pozorem losowania wyróżniane jest trzydzieści dziewięć dziewcząt, które pojadą do pałacu z nadzieją, że książę się w nich zakocha i je wybierze. W momencie, gdy zostają „wylosowane” stają się, cytuję, „własnością królestwa Illéi”, przestają być ludźmi, a stają się przedmiotami – do pokazywania, oglądania, krytykowania. Mało tego, kandydatkom zabrania się pod karą śmierci wchodzenia w jakiekolwiek relacje romantyczne w trakcie trwania Eliminacji oraz sugeruje, że jeśli książę zażyczy sobie się z nimi przespać – mają się nie opierać. Zanim jednak córki zostaną przejęte przez państwo, muszą podpisać górę papierów, podobnie jak ich rodzice, zaświadczyć o swoim dziewictwie (w Illéi seksualne kontakty przedmałżeńskie są karane więzieniem, tak samo jak niespodziewana ciąża). Na czas trwania Eliminacji rodziny dostają pieniądze, czyli de facto sprzedają swoje córki, by te zawalczyły o zdobycie korony, co przełoży się na wyniesienie najbliższych krewnych do kasty Jedynek. America automatycznie zostaje przypisana do Trójek, a jeśli książę jej nie wybierze, to stanie się „dobrą partią” do zamążpójścia. Czyli znowu handluje się kobiecym ciałem w książkach dla dziewcząt. Cudownie. We wspomnianej już Ostatniej cesarzowej przynajmniej jasno zostało określone, jaki charakter ma całe zamążpójście Cixi, tytułowej bohaterki. W Selekcji wszystko zostało ukryte pod górą ślicznych sukienek.

crowley-gif-king-of-hell-mark-sheppard-supernatural-Favim.com-373078_large

W pałacu kandydatki są uczesane, umalowane i przebrane w piękne suknie, niekoniecznie zgodnie z osobistymi preferencjami dziewcząt. Eksperci nie bardzo się silą, aby zadbać o dobre samopoczucie nieraz przestraszonych i zestresowanych przyszłych królowych. Traktują je jak lalki, które trzeba przygotować, by dobrze się przedstawiły narodowi w specjalnym Biuletynie Informacyjnym, jak nowe rzeczy nabyte przez rodzinę królewską. Od tego momentu żegnamy się poniekąd z mandżurskim stylem dobierania żon władcy, a przerzucamy się na ten znany z wyborów missek. W kolejnych programach udzielają wywiadów czy odpowiadają na pytania jak zbawić świat (no, nie takie dokładnie, ale w tym tonie). Mało tego – każda z kandydatek ma swoich fanów oraz antyfanów, zależnie od tego, których jest więcej, ich opinia może zaważyć na tym, czy Maxon utrzyma kandydatkę w Eliminacjach, czy jej podziękuje. Z jednej więc strony mamy księcia, który po raz pierwszy w życiu ma swobodny kontakt z taką ilością młodych kobiet, a z drugiej owe młode kobiety wciąż są przedmiotem – mogą scementować społeczne zaufanie wobec monarchii, jeśli książę ożeni się z ulubienicą tłumów. Piękna opowieść o wielkiej miłości staje się więc tylko propagandowym wybiegiem. Mniej więcej się staje – sama książka nie bardzo chce się zdecydować, czy książę ma prawo jednak wybrać, czy może jednak decyduje polityka.

Budujemy harem

Selekcja jest serią, jaką w środowisku mangowym określa się różnymi pochodnymi słowa „harem”. On jeden, ich trzydzieści dziewięć i wszystkie pragną zostać żoną księcia (no, czasem żoną korony albo żoną Maxona). Nasza heroina na początku nie chce, ale tez jej później przechodzi. Generalnie rzecz ujmując w książce został skonstruowany całkiem dobrze funkcjonujący harem. Każda z kandydatek dostała własny pokój, osobiste pokojówki, biżuterię, sukienki i tak dalej, wszystko mniej więcej w osobnym skrzydle pałacu, któremu zajęcie trzydziestu dziewięciu pokoi gościnnych wcale nie przeszkadza, bo ma ich jeszcze więcej. Przepych liczony ilością sypialni, złota, ozdób i sukienek. Czepiam się tych ostatnich, gdyż to słowo pojawia się przynajmniej raz na stronę, no ale okładka nie wzięła się tym razem z księżyca.

Wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać.

Wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać.

Kandydatki przybyły do pałacu, aby zostać królową, a zatem każda z nich chce wypaść jak najlepiej, zdobyć jego serce albo przynajmniej przychylność społeczną, żeby osiągnąć cel. On jeden nie jest w stanie poznać ich wszystkich dostatecznie mocno, aby móc podjąć racjonalne decyzje – pierwsze kandydatki opuszczają pałac właściwie następnego dnia po pięciu minutowej rozmowie z Maxonem (nawet śniadania nie dostały). Więc co powinno się pojawić – rywalizacja. Kandydatki powinny wcielić się w tytułowe Rywalki, a tymczasem one zachowują się, jakby były na wakacjach. Owszem, mają prawo zachwycić się luksusem, byciem traktowaną jak pępek świata, dobrym jedzeniem i tak dalej, ale, na bogów, większość z nich pojawiła się tam obierając za cel sięgnięcie po koronę, lepszą pozycję, zabezpieczenie bytu rodziny (lub jej poprawienie), a nie po to, aby poparadować sobie trochę w ślicznych kieckach i prawić sobie nawzajem komplementy. Nawet jeśli założymy, że część z nich doszła do wniosku, że podkopywanie kandydatek do niczego nie prowadzi, a może tylko doprowadzić do dyskwalifikacji, to nie wpadłyby na to wszystkie. A już na pewno nie tylko jedna. Honorowy tytuł rywalki można przyznać właściwie tylko jednej z dziewcząt – Celeste, Dwójce, która najwyraźniej dokładnie wie, czego chce i nie zawaha się tego osiągnąć. Czy muszę pisać, że portretowana jest w książce jako najbardziej nieznośna, fałszywa, przebiegła i generalnie wszystkie pozostałe kandydatki jej niecierpią? Na dodatek żadna (poza Americą, oczywiście), heterze się nie postawiła, tylko grzecznie, z pochylonymi głowami znosiły to, że dziewczyna próbuje je zdyskredytować, znieważyć, sprowokować, czy najzwyczajniej w świecie się pozbyć. To chyba najciekawsza, najmniej mdła postać w książkach pani Cass.

Królowa może być tylko jedna, co udowodnić chce również Lauren z Faking It

Królowa może być tylko jedna, co udowodnić chce również Lauren z Faking It

Tak, nasze tytułowe rywalki tak po prawdzie stają się przyjaciółeczkami w mniejszych i większych grupkach, ale większość z nich jakieś znalazła. Nasza główna heroina zaprzyjaźniła się również ze swoimi pokojówkami, głównie dlatego, że pochodziły z kasty, w której prawie sama się znalazła. Co, naturalnie, od razu pokazuje, jakie ma cudowne serce i jak potrafi spojrzeć ponad tak banalną rzecz, jaką jest kasta i dojrzeć drugiego człowieka. Wyraźniej nie dało się tego napisać bez używania dokładnie tej frazy.

I tutaj przez moment przestanę się czepiać, ponieważ nie-haremowe zachowania dziewcząt w Eliminacjach mogą być również uznane za duży plus tych powieści. Przede wszystkim przesunięcie akcentu z „zdobądź męża za wszelką cenę” zostało przełożone na „spędź ten czas najlepiej jak możesz” (i nie bądź świnią). W tej podejrzanie prostej idylli pojawił się inny model budowania relacji, w którym to nie książę trzyma wszystkie odchodzące od niego sznureczki, a pojawia się całkiem skomplikowana sieć relacyjna między bohaterkami. Można się wręcz pokusić o spojrzenie na Selekcję, a głównie na Rywalki jako na inne (a nawet nowe) podejście do tworzenia romansowej narracji. Nie będę twierdzić, że to dzieło przełomowe czy doskonale rozplanowane – kłamałabym w żywy ekran. Coś jednak ciekawego Kiera Cass chciała swoim czytelniczkom zaproponować. Skoro bowiem to Maxon ma wybrać partnerkę, na dodatek sam książę jest dżentelmenem aż do bólu zębów (żadnej z dziewcząt nie zamierza zmuszać ani do małżeństwa, ani do seksu) i romantykiem (szuka kobiety, która go autentycznie pokocha), to czy potrzebne są haremowe walki? Skoro autorka obu stronom daje, a przynajmniej się stara, bo nie zawsze jej wychodzi, możliwość świadomego podjęcia decyzji dotyczącej wejścia w związek małżeński, to wewnętrzna rywalizacja nie jest potrzebna, ponieważ nikt nikogo nie zmusi do zapałania uczuciem. Nie mamy więc do czynienia z walką o samca, a względnie cywilizowanym randkowaniem (co burzy postać złej Celeste).

Kopnij księcia w krocze, zostaniesz królową

Dochodzimy wreszcie do tego, o czym właściwie są te książki, czyli do romansu. Mamy, naturalnie, obowiązkowy trójkąt romantyczny, chociaż niekoniecznie ktoś mu odpowiednio boki posklejał. Zacznijmy od tego, że przed Eliminacjami America była od dwóch latach w związku z Aspenem, który, dla przypomnienia, należał do Szóstek. Nasza zakochana parka widywała się w tajemnicy i po godzinie policyjnej, omówiła imiona dla dzieci, odkładała pieniądze na ślub, przygotowała się na wypełnianie całej góry papierków wymaganych w międzykastowych związkach. Z przyczyn przedziwnych zakochany w Americe chłopak namawia ją do wzięcia udziału w Eliminacjach, ponieważ ona zasługuje na coś lepszego… bo na pewno będzie jej lepiej w luksusowej klatce z księciem, którego uważa za bufona niż z ukochanym. Brawo, Aspen, wziąłeś na siebie konieczność wykopania naszej heroiny do pałacu, żeby w ogóle cała historia mogła zostać opowiedziana. Doceniamy twoje poświęcenie i zupełnie nie rozumiemy, dlaczego w pierwszych rozdziałach książki potencjalny róg trójkąta dostaje kopa. Niestety, widzimy tego konsekwencje.

Ted i Emmet też się dziwią (Queer as Folk, USA). Źródło: tumblr

Ted i Emmet też się dziwią (Queer as Folk, USA). Źródło: tumblr

Widzicie, moi drodzy, w Selekcji Wielka Epicka Miłość przegrywa z Miłością do Sukienek (i luksusu). Ale czemu mamy się dziwić, skoro w pierwszym tomie, w pierwszych rozdziałach, Aspen zostawia Americę, po czym sam właściwie wpycha ją innemu facetowi (potencjalnie) w ramiona? Jak niby, jako czytelniczka, mam się wczuć w te dramaty, obawiać się, czy wybierze tego jedynego, najcudowniejszego, który ją kocha ponad wszystko? Pomijając, że potencjalny rywal zostaje zestawiony na boczny tor, to nawet jego późniejszy powrót absolutnie niczego nie zmienia, poza kilkoma scenami całowania i macania. America jest napisana od samego początku jako idealna przyszła królowa. Większość jej zachowań, zestawionych z innymi kandydatkami, od razu pokazuje, że byłaby idealna. Bycie przywitaną przez morze fanów na lotnisku? Zero stresu, nasza heroina podchodzi, rozmawia z ludźmi, podaje ręce, uśmiecha się. Wywiad przed kamerą? Jakby robiła to codziennie. Oj, zdarzają się jej wpadki, oczywiście, ale one wynikają z jej walecznego serca i życiowe mądrości, czy solidnego kompasu moralnego – są więc tym, co ją jeszcze bardziej uprawdopodobnia jako przyszłą władczynię. Naprawdę od samego początku wiadomo, że America skończy z Maxonem (jakby tytuły trzech kolejnych książek tego nie podpowiadały, to właśnie podobne wprowadzenia w Rywalkach już tak).

Castiel też jest tym zadziwiony.

Castiel też jest tym zadziwiony.

Nasza heroina ma jeszcze jakiś temperament w pierwszym tomie serii, później zbyt dużo czasu zajmuje jej na zmianę obrażanie się na Maxona i Aspena oraz decydowanie, że ona jednak woli tego drugiego. I tak w Rywalkach w trakcie drugiego spotkania naszemu dżentelmenowi zarabia się z kopa w czułe miejsce w dość absurdalnej kłótni. I jakimś cudem America zostaje w pałacu. Pewnie dlatego, że jest główną bohaterką, a książkę desygnowanym Romeo, bo tłumaczenie z książki miało mało sensu. America zaczyna znajomość z przyszłym królem Illéi dość wybuchowo, ale w końcu postanawia, że zostanie jego przyjaciółką, gdzie ona będzie dla niego szpiegować wśród dziewcząt, żeby mógł dobrze wybrać. Ale, naturalnie, Maxon okazał się czarujący i naszej bohaterce zaczęło się miło robić na jego widok. Wiem, że się powtórzę, ale książę jest dżentelmenem aż za bardzo, jego pierwszy pocałunek z Americą był słodki, krótki, pozbawiony jakichkolwiek oznak namiętności czy pożądania właściwie. Nie to, co Aspen – chłopak przynajmniej miał jakiś koloryt, był odważny, ciężko pracował i naprawdę tę cholerną heroinę kochał. A książę… no jak książę. Miał pałac, luksus, jedzenie i był grzeczny. Dlatego właśnie piszę, że Wielka Epicka Miłość w tym romansie przegrała. Pomijając już, że te wszystkie emocjonalne rozterki z Elity były nudne, męczące, niespójne oraz bez sensu na dłuższą metę, funkcjonowały bardziej jako wypełniacz stron niż cokolwiek innego.

Na koniec

Rywalki czytało się całkiem sympatycznie, pierwszy tom serii jest, owszem, naiwniacki, ale przy tym zabawny, jeśli się przymknie oczy na uprzedmiotowianie bohaterki i da kredyt zaufania autorce, że to się później zmieni, to można z lektury wynieść naprawdę dobrą rozrywkę. Niestety, kolejne dwa tomy nie są już takie fajne, właściwie miejscami trzeba mieć nie tyle mocne nerwy, co wybiórczo przeskakiwać strony, żeby nie nabić sobie zbyt dużego guza na głowie. Chociaż, zawsze można to potraktować jak komedię i budzić całą rodzinę w środku nocy, ponieważ nie można powstrzymać się od wręcz szaleńczego śmiechu wywołanego nawarstwieniem absurdu.

Kiera Cass postawiła świat, który nawet jest spójny – istnienie kast wynika z wojny, rodzina królewska nie pojawiła się przez przypadek (Gregory się wżenił w jakąś monarchię), ludzie są biedni, uciskani i potrzebują pieniędzy. To się nawet w miarę trzyma kupy, w przeciwieństwie do tego, co zrobiła Roth w Niezgodnej. Traktowanie jednak dziewcząt jak przedmiotów czy obiektu handlu już jednak stawia poważną rysę na książce. A obsesja na punkcie małżeństwa czy zakaz seksualnych kontaktów przedmałżeńskich przywodzą mi na myśl tylko inspirowany mormonizmem Zmierzch Meyerowej, a nie porządny romans. Tak po prawdzie cała Selekcja to tylko średniej jakości naiwnym czytadłem w pięknej okładce. Nie do końca jest, niestety, czytadłem dla mnie, jak się okazało.

Advertisements

8 thoughts on “O matko, co ja czytam, czyli łapiemy się za głowę przy serii „Selekcja” Kiery Cass

      • Aninreh pisze:

        35 czy 39 – cztery już nie robią różnicy w takim tłumie, dziesięć miałoby więcej sensu :)

        Tak samo nomenklatura „kasta” czy „klasa”, chociaż „kasta” pasuje nawet lepiej, biorąc pod uwagę jak trudno im zmienić swoją pozycję (oraz, że w tych trzech powieściach przejść wyżej/niżej może tylko kobieta przez małżeństwo, a nie przez jakiekolwiek inne wyznaczniki, jak zasoby czy wrodzone zdolności).

        Dzięki za komentarz ;)

        Lubię to

  1. Lily pisze:

    Trafiłam na twój blog przypadkowo, ale opis książki bardzo przypadł mi do gustu. Bardzo rozbudowana recenzja, która dokładnie określa twoją opinię. Do tego wszystko wzbogacone w śmieszne gify i podtytuły. Genialne!

    Przeczytałam wszystkie 4 części SELEKCJI. Sięgnęłam po nią jako odskocznię po Krzyżakach. I ogółem nie zwracając uwagi na szczegóły nie trzymające się siebie nawzajem, nie szukając drugiego dna, książka dość mi się podobała. Obecnie posiadam wszystkie części na półce i chętnie wracam do nich jeśli potrzebuje odskoczni.

    Lubię to

    • Aninreh pisze:

      Hej! Witaj w skromnych progach!
      „Selekcja” rzeczywiście jest dobrą odskocznią, sama właśnie dlatego po nią sięgnęłam. Część z bzdurek mnie w tych książkach po prostu bawi (spełniają swoją funkcję), a część drażni. Ale każda i każdy z nas ma swoje własne sposoby na relaks ^ ^

      Lubię to

  2. Ula Orych pisze:

    tsaa… żeby książkę tą polubić trzeba wyłączyć rozum i dać się ponieść pierwotnym instynktom(czyt. ciału migdałowatemu które królowało w mózgu za czasu gdy rozum nie istniał). czy masz rację? zdecydowanie. bardzo szczegółowa i trafna w mojej ocenie recenzja dzięki…

    Polubione przez 1 osoba

    • Aninreh pisze:

      No cóż, to nie jest prosta seria w odbiorze, albo… jest za prosta. Co bardziej wytrwali donoszą, że sequele są jeszcze gorsze O.o Ale na te ani siły, ani samozaparcia już nie mam :)

      Lubię to

  3. Claire pisze:

    Prawdę mówiąc, „Selekcja” to jedna z moich ulubionych serii książkowych. Od początku czytania książek miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak… Ta seria była bardzo dobrze oceniana i to chyba pierwsza recenzja, która pokazuje większość niedociągnięć w „magicznym” świecie „Rywalek”. Tak przy okazji, najbardziej denerwuje mnie same stanowisko głównej bohaterki, gdyż jest ona okropnie niezdecydowana, co wydaje się miejscami komiczne. Najgorsze jest jednak to, że pod koniec „Rywalek” cały problem sam się rozwiązuje i America nie ma powodu, aby długo się decydować, ponieważ oba wybory są tak samo trafne i aprobowane przez jej rodzinę. Osobiście myślę jednak, że powinna wybrać Aspena, ponieważ w tym momencie wychodzi z wszystkiego z twarzą. Według mnie, powieści „Elita” i „Jedyna” nie mają najmniejszego sensu, skoro wszystko mogłoby rozwiązać się w „Rywalkach”.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s