Filmy na święta

Rozbestwiłam się z robieniem list. To wcale nie jest takie proste, ale przy okazji tak niesamowicie zabawne. Tym razem chciałabym opowiedzieć kilka słów o filmach, które kojarzą mi się ze świętami, chociaż niekoniecznie o samych świętach są.

Lista nie uwzględnia takiego klasyka jak Kevin sam w domu czy jego kontynuacji z Nowego Jorku, głównie dlatego, że zaczęłabym długo i szeroko pisać o akcji sprzed 4 lat „przywróćcie Kevina w święta!”. Ale, skoro jestem w temacie – czy zauważyliście, że w tym roku niepokorny chłopiec broił pod koniec listopada? A i tak Polsat postanowił wyemitować ten film w wigilię. Stąd więc moje propozycje alternatywnego oglądania (choć do końca „alternatywne” to one nie są).

Grinch. Świąt nie będzie (2000) – osobiście średnio za świętami przepadam, chociaż mniej patologicznie niż pan Grinch. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to postać, z którą potrafię empatyzować na każdym etapie fabuły. Moja „duchowa przemiana”, wymagana w końcu w opowieściach opartych na tym Dickensowskim schemacie pojawia się zwykle w połowie pierwszego dnia celebracji, gdy już nic nie trzeba, rodzinne rytuały zostały odprawione i pojawia się święty spokój. Oraz filmy. Jakoś tak ostatnio wypada, że złośliwe psoty Grincha lecą mniej więcej właśnie w tym czasie i chociaż znam ten film na pamięć już, nie umiem sobie odpuścić pooglądania, jak nonkonformistyczny, introwertyczny dziwak nie chce ulec społecznej presji oraz poddać się niewygodnym czy też nawet niezrozumiałym dla niego rytuałom, Bo w tym filmie nie chodzi do końca o to, że Grinch jest zły i zgorzkniały, dlatego trzeba go jak najszybciej naprawić magiczną mocą świąt. Tu jest dużo ciekawych innych ścieżek, którymi można pójść – na przykład zastanawiając się, czy aby te złośliwe „rujnowanie” nie jest wyrazem buntu czy jakiegoś acting outu. Ponadto ten zielony maruda wcale nie jest tak do końca samotny, jak wymagałaby tego Opowieść wigilijna.

Wredna, złośliwa, indywidualistyczna, zielona paskuda.

Wredna, złośliwa, indywidualistyczna, zielona paskuda.

Polar Express/Ekspres polarny (2004) – drugi na liście film wybitnie poświęcony tradycji wręczania sobie prezentów oraz świętemu Mikołajowi. Z tym, że sam Miki jest o wiele mniej ważny niż pełna przygód podróż, w którą wybiera się główny bohater. Ale, mnie osobiście najbardziej w tym filmie ciągnie to, jak został stworzony. Ekspres polarny jest animacją, co jest oczywiste, ale grają w nim również aktorzy, nie tylko użyczając swoich głosów. Nie raz i nie dwa graficy tworzący postaci do kolejnych produkcji animowanych brali pod uwagę mimikę, manieryzmy behawioralne czy nawet wygląd osób, które zostały wybrane w castingu do odtworzenia danego bohatera. W Ekspresie studio poszło o krok dalej – postaci są graficzną, całkiem realistyczną kopią aktorów, z zachowanymi ich wszystkimi manieryzmami oraz grą, w końcu większość scen filmu została w rzeczy samej odegrana na zielonym ekranie. Nie oglądam tej animacji w do końca normalny sposób, zamiast bowiem koncentrować się na tym, co dzieje się na ekranie, podziwiam zabawy animatorów. Niejednokrotnie głośno, ale na szczęście moi domownicy już dość razy widzieli Ekspres, aby mnie nie wyrzucić z pokoju.

Film spotyka animację, animacja spotyka film i świetnie się dogadują.

Film spotyka animację, animacja spotyka film i świetnie się dogadują.

Nightmare before Christmas/Miasteczko Halloween (1993) – czyli film, który umieściłabym również na liście filmów kojarzących mi się z Halloween, ponieważ pasuje do obu idealnie. Jest coś niezwykle ujmującego w tej historii, nie tylko przez wzgląd na ilość straszydeł, miasteczka, plastelinowych, ruchomych ludzików czy w końcu całej, przesiąkającej historię złowieszczości. Bynajmniej nie kibicuję tutaj Mikołajowi, właściwie wspieram trochę gotycką, przerysowaną wersję świąt, pozbawionych wszechobecnych dzwoneczków i ślicznych ozdóbek. Zmiana estetyki nigdy nikomu nie zaszkodziła, a mieszkańcy miastecka Halloween mają całkiem ciekawy pomysł na remake. Pomijając moją niezdrową zapewne miłość do idei straszydłowych świąt Bożego Narodzenia, nie mogę nie kochać występujących w tej animacji postaci, niezależnie od tego, jak bardzo są denerwujący, niekumaci czy jak często gubią kawałki ciała i zaśmiecają środowisko. W porównaniu do często przenoszonych na ekrany pomagierów Mikiego, te przynajmniej mają charakter. Elfy (te świąteczne przynajmniej) zazwyczaj tworzą jednolitą masę – tak samo ubrane, pracujące jak w zegarku, dokładne – z jednym lub dwoma wyjątkami, które filmowo ich wszystkich reprezentują, czasem coś powiedzą, ewentualnie się zbuntują i gdzieś uciekną. Niezależnie jednak od tych reprezentatywnych figur, elfy to jednolita, zielono-czerwona masa mrówek, gdzie straszaki z miasteczka Halloween posiadają więcej własnego charakteru, wyrażonego choćby własnym wyglądem.

Mikołaj i Mikołaj-Jack.

Mikołaj i Mikołaj-Jack.

Happy Feet. Tupot małych stóp (2006) – ponieważ nie istnieje lepsza pora roku na oglądanie filmu o pingwinach z Arktyki niż zima. Zwiększmy subiektywne poczucie zimna, oglądając ogromne, lodowe pustki. Na samą myśl mam ochotę wpełznąć pod kocyk. Nie zmienia to jednak faktu, że ta animacja stanowi ciekawe zestawienie z tym, co wcześniej pisałam o Grinchu. Tutaj też mamy jednostkę, która nie chce być tłumem i również wkracza na ścieżkę buntu oraz ponosi tego konsekwencje. Tym razem jednak nie zobaczymy na ekranie świątecznego nawrócenia zbłąkanej owieczki (pingwiniątka), a poczujemy moc jednostki, która może zmienić nastawienie społeczeństwa. W praktyce takie łatwe to nie jest, no ale w końcu mówimy o bajce. Oglądane jedno po drugim – Grinch i Happy Feet – umiejscawiają się na dwóch różnych końcach kontinuum traktowania tych, których uznaje się za dziwnych czy innych. Chociaż w obu główni bohaterowie zostają ponownie przyjęci na łono społeczeństwa, sam proces powrotu przebiega odmiennie, a i rezultat niesie inne przesłanie. Happy Feet uczy nas tego, że indywidualność jest naszą siłą, nie warto z niej rezygnować, porzucać marzeń czy własnych pragnień, Grinch zaś stawia na grupę czy ład społeczny, harmonię, jedność wszystkich obywateli w błogostanie świątecznym.

Zatańczmy na lodzie z pingwinkami!

Zatańczmy na lodzie z pingwinkami!

Gremlins/Gremliny rozrabiają (1984) – przyznam bez bicia, że Gremliny po raz pierwszy obejrzałam niezwykle późno, przynajmniej w porównaniu do znanych mi osób. Na początku nie bardzo przypadły mi też do gustu, Gizmo strasznie mnie denerwował, a jego pierwsze złośliwe klony stanowiły o wiele ciekawsze źródło rozrywki. Dzisiaj już protoGremlin stał mi się obojętny, ale nadal lubię oglądać chaos i zniszczenie, jakie klony klonów jego klonów są w stanie posiać po świecie. Dlaczego jednak Gremliny wpisują się w cykl świąteczny? Między innymi dlatego, że rozgrywają się fabularnie właśnie w tym okresie, chociaż pod kątem samych futrzastych/błoniastych bohaterów bardziej pasują (zapewne z Nightmare before Christmas) w okolicach Halloween. Niezależnie jednak są ciekawą rozrywką, której efekty specjalne nie są może tak cudowne i piękne jak te generowane przez komputery, ale wciąż zachwycają, a przede wszystkim nie starzeją się tak szybko jak CGI. Widzicie, Gizmo można było potrzymać w rękach, a już olifanta z Władcy pierścieni po trąbie pogłaskać się nie dało.

Gremliny też lubią filmy!

Gremliny też lubią filmy!

Himitsu no Akko-chan (2012) – to moje dość niedawne odkrycie filmowe, stworzone na bazie anime, które w Polsce emitowała dawno, dawno temu Polonia 1 jako Czarodziejskie zwierciadełko. Chociaż, z samym anime łączy film głównie obecność magicznego lusterka i obecność Akko. No właśnie – Akko, a właściwie Atsuko Kagami, jest uczennicą szkoły podstawowej. Pewnej zimowej nocy w magicznych okolicznościach otrzymuje od boga lusterek magiczne lusterko, które może zmienić ją w każdego, kogo tylko zapragnie. Generalnie otrzymujemy śliczną, pociesznie głupiutką historyjkę o dziewczynce, która w skórze dorosłej kobiety zaczyna pracować w firmie kosmetycznej i z dziecięcym uporem, wiedzą oraz fantazją próbuje uratować powoli chylącą się ku upadkowi markę. Niezwykle pocieszny film na świąteczny wieczór, z obecną magią, wiarą w ludzi oraz niemożliwe. Nie wspominając o zupełnie przypadkowym pościgu motocyklowym przez miasto.

Oto duch magicznych lusterek.

Oto duch magicznych lusterek.

Gedo senki/Opowieści z Ziemiomorza (2006) – jeden z bardziej nielubianych filmów studia Ghibli, na dodatek ekranizujący kultową pentalogię Ursuli Le Guin. Po raz pierwszy oglądałam go w święta, kiedy udało mi się całą rodzinę wyrzucić z domu i dorwać się do telewizora, kocyka i ciepłej herbaty. Powinnam chyba zaznaczyć, że za Ziemiomorze wzięłam się kilka lat po obejrzeniu tej produkcji studia Ghibli, nie znałam jej wcześniej, więc nie bardzo byłam w stanie skonfrontować powieści z filmem (podobno tak jest lepiej). Całkiem możliwe, że tym, co najbardziej urzekło mnie w Gedo senki były zielone łąki i wszechobecne lato, gdy tymczasem za moim własnym oknem leżały tony śniegu. I mają smoki. Generalnie zachęcam zawsze do dania temu filmowi szansy, ponieważ może nas zabrać na ciekawą wyprawę, która niekoniecznie jest taka okropna, jak wszyscy twierdzą. A na dodatek ma śliczną oprawę muzyczną.

Nana (2005) – jest japońskim filmem muzycznym, stworzonym na podstawie popularnej (i nieskończonej) mangi pod tym samym tytułem. Za każdym razem, gdy wspomnę Nanę, mam przed oczami kilka scen rozgrywających się właśnie zimą. Dwie główne bohaterki – Nana i Nana (zwana Hachi) – jadą do Tokio, każda w pozornie innym celu. Gdy spotykają się po raz pierwszy w pociągu, nie bardzo przypadają sobie do gustu. W wyniku różnych zbiegów okoliczności zostają raptem współlokatorkami. Nana jest filmem dość niezwykłym w tym sensie, że pozostając wciąż zwykłym popularnym romansem, opowiada wiele o życiu, poszukiwaniu swojego miejsca, próbie zrobienia kariery muzycznej, podążania za swoimi pasjami bądź obowiązkami, a przede wszystkim o przyjaźni. Nana i Nana zaprzyjaźniają się bardziej, niż mogłyby się tego spodziewać. Przy czym ta więź między obiema kobietami nie została przedstawiona w sposób nachalny czy „łopatologiczny”, jest raczej naturalną konsekwencją pozostałych wydarzeń. W tym filmie zresztą można zobaczyć Nakashimę Mikę – wokalistkę, a także popularnych aktorów Narimiyę Hirokiego, Tamayamę Tetsujiego oraz Matsudę Rūheia.

The Last Samurai/Ostatni samuraj (2003) – nie pytajcie, nie mam pojęcia, czemu ten film mi się tak silnie kojarzy ze świętami. Być może dlatego, że dostałam go kiedyś pod choinkę i spędziliśmy niejeden wieczór oglądając oraz śledząc dokładnie kulturowe prawidłowości oraz ewentualne przeinaczenia (wiadomo, te są fajniejsze), jakich dopuścili się scenarzyści. Lubię niespieszne, powolne tempo Ostatniego samuraja, a przede wszystkim widoki. Góry, łąki, a wszystko pokazane w szerokich kadrach, okraszone śliczną, nastrojową muzyką Hansa Zimmera. No, a poza tym, jest to również film, w którym do grania Japończyków zatrudniono Japończyków.

ostatni samuraj

Jadą samurajowie.

Nativity!/Ale szopka! (2009) – urocza, brytyjska komedia z Martinem Freemanem. Tak oto niedoceniany nauczyciel ma wyreżyserować jasełka w wersji musicalowej. Już samo opanowanie grupy uczniów z podstawówki stanowi ogromne wyzwanie, a już za zupełną katastrofę można uznać moment, w którym mieszać zaczynają również rodzice tychże dzieci, a w okolicy pojawia się była ukochana. Jestem przekonana, że ten film zasługuje na to, aby pojawiać się o wiele częściej w świątecznej ramówce. Brytyjskie poczucie humoru, połączone z wypracowaną do perfekcji nieporadnością Freemana sprawiają, że następujący jeden po drugim przedświąteczny kataklizm urastają wręcz do rangi armagedonu.

Konsternacja na castingu.

Konsternacja na castingu.

A wam jakie filmy kojarzą się ze świętami?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s