Czytanie (wcale nie) jest niebezpieczne! Czyli wiedźmozłość na felieton z GW

Ja rozumiem… nie, ja chyba jednak nie rozumiem. Przeczytałam wczoraj tekst Michała R. Wiśniewskiego z Gazety Wyborczej o tym, jak to książki fantastyczne są niebezpieczne, ponieważ pod płaszczykiem wygodnych symboli oraz nierzeczywistych bohaterów mogą przemycać ideologię, na przykład taką, która wychowuje elektorat Nowej Prawicy. Oberwało się Pratchettowi, Dickowi, Zajdlowi, Grzędowiczowi, poniekąd też Le Guin (choć jej na szczęście tylko rykoszetem). Ba, autor pod sam koniec nawet stawia tezę, że wszystkie książki są niebezpieczne, ponieważ mogą… kształtować? Pobudzić do myślenia? Dlatego są złe? Nie mieści mi się to w głowie – być może jestem idealistką (raczej jestem), być może jestem naiwna (to już niekoniecznie), ale wszystko mi opadło przy lekturze tegoż felietonu. Nie ratuje go nawet ostatnie zdanie: „Może jednak pobudzać nas do myślenia i tej optymistycznej idei warto się złapać”. Dlaczego nie? Ponieważ, mam wrażenie, wygląda na bardzo wymuszone albo dodane dla złagodzenia całego wcześniejszego przekazu.

Zawsze mi się wydawało, że książki wolne od ideologii – rozumianej jako osobiste przekonania autora czy autorki oraz jako bardziej złożonego, całościowego systemu – nie istnieją. Od tego pierwszego po prostu osoba pisząca nie jest w stanie się oderwać, ponieważ, no cóż, ona konstruuje świat, bohaterów i wydarzenia, a na końcu również opisuje to wszystko własnym językiem. Dla wyjaśnienia, to, jakim językiem się posługujemy – zbiorem pojęć oraz konkretnych słów czy ich znaczeń – wiąże się ściśle z naszymi doświadczeniami oraz światopoglądem. Tak więc nie da rady oderwać właściwie jednego od drugiego, ba, jeśli wyjdziemy poza warstwę samego języka, a przejdziemy na sieć konstrukcji elementów świata przedstawionego, to zobaczymy, jak bardzo ona się łączy właśnie ze sposobem patrzenia na świat. Od tych wielkich systemów w teorii da się odciąć – pod warunkiem, oczywiście, że nie stanowią one elementu tożsamościowego samego autora, czy nie są przedłużeniem jego bardziej osobistych przekonań. Mamy przecież cały wachlarz przykładów z różnych momentów twórczości naszych rodzimych, wcale nie fantastycznych, pisarzy, na myśl od razu przychodzi mi Jerzy Andrzejewski oraz jego rozrachunkowe Ciemności kryją ziemię z 1957 roku. A więc, panie i panowie, każda z czytanych przez nas książek w jakimś stopniu jest i pozostaje naznaczona światopoglądem/ideologią.

Pozwalała też omijać cenzurę. Widać to dobrze w Hollywood, gdzie kwestie społeczne (np. nierówności) najprędzej zostaną poruszone w kinie fantastycznym – przykładem może być film „Elizjum”.

Posługując się przykładem nieszczęsnego Elizjum autor felietony później zaznacza, że aby oddać całą społeczną treść tego filmu w rzeczywistości należałoby odnaleźć somalijskiego pirata, tudzież po prostu obsadzić Somalijczyka w odpowiedniej roli. Ostatnio gdzieś nawiązywałam do whitewashingu (wybielania skóry głównych/kluczowych postaci filmowych), chyba nie wspominałam właśnie o tej konkretnej roli Matta Damona. Otóż tak, w Elizjum są nierówności społeczne, bardzo kartonowe (nierealistyczne), ale to mniej ma wspólnego z faktem, że film jest fantastyką, a więcej z samym scenariuszem oraz obsadą, o czym polecam poczytać przy Kawie z Cynamonem.

Przeniesienie pewnych społecznych problemów na poziom fantastyki ich wcale nie odrealni na tyle, aby mogły się one jawić „pod płaszczykiem”. Znam wiele osób, które po przeczytaniu książek dystopicznych były o wiele bardziej wstrząśnięte czy też emocjonalnie rozbite niż po lekturach raportów z czystek etnicznych. Dlaczego? Ponieważ się wczuwały w życie bohaterów, angażowały w treść, a więc silniej przeżywały niesprawiedliwość, ból czy cierpienie protagonistów, niż ma to miejsce w przypadku czytania statystyk. To jest między innymi powód, dla których akcje humanitarne wykorzystują jednostkowe historie ofiar, podkreślają głos tychże osób – nadają statystykom twarze. No dobrze, ale co do tego ma fantastyka? Czasami jest doskonałym wyjściem do tego, aby pokazać, do czego współczesne problemy mogą doprowadzić (dystopia). Przełożenie konfliktów etnicznych czy mniejszościowych na mutantów próbujących walczyć z opresyjnym społeczeństwem może pozwolić na bezpieczne przekazanie odbiorcy wiedzy nie tyle o konkretnym problemie, a o pewnym mechanizmie opresji, jak to właśnie ma miejsce w również przywołanych X-menach. W prawdzie jestem złym przykładem, ale gdy wyszłam z seansu X-men: Days of Future Past, miałam łzy w oczach, ponieważ w fantastycznych, futurystycznych obrazach widziałam zhiperbolizowaną rzeczywistość, czemu zresztą dałam już tutaj wyraz. Tak więc, fantastyka pozwala autorkom oraz autorom rozwinąć nieciekawe, okropne scenariusze możliwej przyszłości – jak to zrobił choćby przywołany przez autora felietonu Orwell w Roku 1984 – czy też umożliwia przekazanie pewnej wiedzy dotyczące działania świata, z nadzieją, że być może da czytelnikowi do myślenia.

Jest to prawdziwa paranoja – logiczna konstrukcja oparta na jakimś absurdalnym założeniu (biorącym się często z niewiedzy autora, np. czym naprawdę są parytety). Czy w ten sposób można pokazać jakąś prawdę o świecie i o człowieku?

Po kolei: „logiczna konstrukcja oparta na […] założeniu” – dla mnie brzmi jak podwaliny elektryki. Zapewne dlatego, że w moim domu zwykło się żartować, że w sumie elektrycy swoje logiczne konstrukcje opierają na pewnych założeniach a priori, ponieważ na dzień dzisiejszy nie są w stanie ich zbadać – jak na przykład to, w którą stronę i dlaczego tak płynie prąd. Moja teza jest taka, że krasnoludki noszą w wiaderkach. Ale nie o to chodziło do końca autorowi, tylko ja się nie mogłam powstrzymać. Autor nie bóg, wielu rzeczy nie wie, nawet jeśli spędzi mnóstwo czasu z nosem w książkach, nie jest fizycznie w stanie dowiedzieć się wszystkiego. Dlatego różnej maści specjaliści czytając kryminały łapią się za głowę albo wybuchają śmiechem w dość dramatycznych scenach. Fabuły książek dość często powstają w wyniku pytania „a co, jeśli…” albo „a co, gdyby…” – tak obyczajowe/realistyczna, jak i fantastyczne. Na przykład Lem bawił się pomysłem, że kiedyś pojawi się bakteria, która zniszczy nam cały papier i wszystkie książki. Dzisiaj mamy elektroniczne czytniki, ale za jego czasów jeszcze ich nie było. Zresztą, sama nauka wynika niejednokrotnie z tych literackich absurdalnych założeń – myślące roboty czy teleporty najpierw miały życie w ludzkiej wyobraźni (nie tylko literackiej).

Jeden z moich ulubionych memów pokazujących związek nauki z literaturą:

Jeden z moich ulubionych memów pokazujących związek nauki z literaturą:
„Nauka może ci powiedzieć, jak sklonować Tyranozaura. Literatura może Ci powiedzieć, dlaczego to nie jest dobry pomysł.”

Dalej: prawda o człowieku. A czy bajki o króliku i żółwiu mówią jakąś prawdę o świecie czy o człowieku? Mogłabym tutaj zadać pytanie o to, czym właściwie jest prawa o świecie czy o człowieku. Większość tego, co wiemy na temat świata, jest wynikiem analiz historyków (swoją drogą, subiektywnych) oraz badań społecznych opartych na statystyce. Jestem psychologiem (albo psycholożką, żeby było poprawniej), być może dlatego częściej chce mi się śmiać, gdy ktoś opowiada „prawdę o człowieku”. Wiecie, jak psycholodzy odpowiadają na pytanie „dlaczego…”? To zależy. Czynników wpływających na nasze zachowanie, myślenie czy postępowanie jest ogrom, a na dodatek mają one jeszcze czelność wchodzić ze sobą w interakcje, nawzajem na siebie wpływać – czasem wzmacniając, a czasem znosząc. Śmiem twierdzić, że żadna nauka nie opowie nam prawdy. Być może czepiam się słówek, ale podkreślenie tego wydaje mi się ważne, ponieważ literatura daje nam wgląd w pewien punkt/kąt widzenia autora na rzeczywistość, jeśli mówimy o jakiejkolwiek prozie, poezji czy dramacie. Psycholodzy oraz socjolodzy nie raz w swoich rozważaniach sięgają do prac literackich – robią to poszukując przykładów do zilustrowania zależności, czy też po to, aby pokazać pewną ciągłość zachowań ludzkich.

Całe i długie fragmenty poświęcone Pratchettowi pominę. Po pierwsze, przeczytałam może z pięć jego książek, z czego większość o wiedźmach. Pamiętam z lektury Pomniejszych bóstw, jak bardzo byłam zachwycona odwzorowaniem całego mechanizmu działania religii oraz religijnego fanatyzmu. Równoumagicznienie zachwyciło tym, że uwzględniało dyskryminację. Powieści dotyczące babci Weatherwax (nie będę ukrywać, jestem fanką) pokazują w ciekawy sposób jak gardząca towarzystwem, złośliwa starsza pani, którą nasz by odrzucił jako dziwaczną, a najlepiej wsadziłby w kaftanik i zamknął w czterech ścianach bez klamek, może doskonale funkcjonować i, o zgrozo, jeszcze być znaczącym elementem samego świata. Poza tym, nie wiem, czy wspominałam, ale w tym roku we wrześniu zorganizowaliśmy konferencję poświęconą własnie Terry’emu Pratchettowi i mogę się założyć, że większość prelegentów na podobne zarzuty złapałaby się za głowę. Ponadto, jeśli mnie pamięć nie myli, ktoś prowadził badania dotyczące właśnie tego, jak Świat Dysku kształtuje poglądy polityczne swoich odbiorców. Może warto by poszukać ich wyników i na nich oprzeć swoje twierdzenia?

Zdenerwował mnie felieton pana Wiśniewskiego. Zdenerwowało postawienie znaku równości pomiędzy pisarzami fantastyki a wychowaniem Nowej Prawicy. Zdenerwowała nietrafiona paralela, jaką autor nakreślił pomiędzy oboma zjawiskami, ignorując całe galaktyki innych czynników, które doprowadziły do wyników ostatnich Euro Wyborów, gdzie o wiele bardziej na ich rezultacie zaważyła frekwencja niż Terry Pratchett i jego Świat Dysku. Na podobną analogię tylko ręce mi opadają. Tak, książki nas kształtują, tak, stanowią niejednokrotnie podstawę naszego przyszłego światopoglądu, mogą nas nakierować na pewne wartości (na to są badania!). Jeśli posłużą się nimi odpowiednio charyzmatyczni liderzy, mogą porwać rzesze ludzi i doprowadzić do niewyobrażalnych zbrodni (jak w przypadku nazizmu, stalinizmu czy maoizmu) albo do aktów niesamowitej dobroci oraz humanitaryzmu (fani Harry’ego Pottera prowadzą na całym świecie wiele akcji charytatywnych, fani serialu oraz komiksów Firefly również). Może czas przestać szukać wygodnego kozła ofiarnego i spojrzeć wreszcie na całość rzetelniej, szerzej, zamiast opierać się na stereotypach? Cząstkowych informacjach? Niepełnych analizach? Niewiedzy autora?

Być może nie powinnam pisać, gdy jestem tak strasznie zdenerwowana, ale czasami coś ukłuje za mocno. Ten felieton ukłuł.

Reklamy

8 thoughts on “Czytanie (wcale nie) jest niebezpieczne! Czyli wiedźmozłość na felieton z GW

  1. kyotaku pisze:

    Wow, przeczytalam felieton i nie dziwie sie, ze sie zdenerwowalas… jak dla mnie to jest to napisane pod sensancje, inaczej nie moge tego zrozumiec v.v
    „Dojrzały czytelnik zrozumie, że to tylko bajka, ale jak odbierają to słabiej ukształtowane umysły, które zatrzymują się na „pierwszej myśli”?” – samodzielne myslenie jest strasznie niebezpieczne huh.

    Polubienie

    • Aninreh pisze:

      No systemy totalitarne też tak sądziły, jest również cytat, którego nie mogę odgrzebać, mówiący o tym, że ludźmi się będzie łatwiej kierować, jeśli oduczy się ich czytać, bo wtedy przestaną myśleć.

      Polubienie

  2. Szyszka pisze:

    Wiedźmo, naprawdę warto było tyle energii poświęcać na felieton kogoś, kto wypłynął na okazywaniu pogardy tym od animu i mangi na łamach czasopisma Kawaii? :D Micio ze słoika przegrał u mnie już przy pierwszym zdaniu, bo trollować trzeba umieć, a on to robi kiepsko, jakby machał mikropytką i dumny był, że szokuje.

    Polubienie

    • Aninreh pisze:

      Nie wiem, czy by było warto poświęcać tyle energii, ale musiałam. To była taka złość, która się po prostu przelała. Nie byłabym w stanie zasnąć, gdybym nie napisała v.v
      No i dzięki ;)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s