He’s cute in a Godzilla kind of way – czyli dlaczego wracam do „Lover Eternal” J.R. Ward?

Na pytanie zwarte w tytule mogłabym odpowiedzieć w skrócie, że czytelniczy masochizm mnie zmusił. Takie małe, wredne kudłate stworzonko żyjące gdzieś we wnętrzu mojej głowy i podpowiada, że to będzie taaaaaki fantastyczny pomysł zrobić sobie jakąś książką krzywdę. Wczorajszej nocy dałam się mu namówić na „szybkie przekartkowanie dla relaksu”. Powiedzmy, że skończyłam o godzinie, o które większość z was zapewne wstaje. I to nie jest wcale coś, co zdarza mi się rzadko.

Uwaga, są spoilery.

bdb-boys-1

Lover Eternal jest drugim tomem serii Balck Dagger Brotherhood (w skrócie: BDB; znane również jako Bractwo Czarnego Sztyletu) napisanej przez panią J.R. Ward. Nie znam polskiego tłumaczenia, dziwi mnie wciąż fakt, że znam oryginał. Tak po prawdzie na dzień dzisiejszy przeczytałam (tak od początku do końca) tylko dwa tomy, przy dwóch kolejnych dotarłam mniej więcej do środka, a resztę opowiedziała mi koleżanka (cześć, Agnieszko!). To ostatnie też czasem uprawiam, jak mnie zżera ciekawość, co dalej, ale nie jestem w stanie doczytać do końca z powodów wszelakich – na przykład braku czasu.

Cała seria BDB obraca się wokół tytułowego Brotherhood, specjalnej formacji wampirzych wojowników mających za zadanie bronić cywilów przez zakusami the lessers (nazwijmy ich umownie lesserami). Tak – to jest urban fantasy o wampirach. Tak – to jest paranormal erotic novel (wiem, nie ma czegoś takiego, ale uwierzcie mi, że to określenie prasuje tutaj bardziej). Tak – główną zaletą BDB są seksy. Z fabułą bywa różnie. Ale, wracając – strony tej serii zapełnią więc wojownicy: wielcy, dominujący, piękni, przerażający… tacy, którzy nie są, tylko dominują przestrzeń (parafraza cytatu z książki), nie idą, tylko kroczą i tak dalej. Duzi, namacalni, oczywiście przyozdobieni sześciopakiem na brzuszkach, o czym autorka uwielbia przypominać. Z ich przyszłymi ukochanymi sprawa jest o tyle lepsza, że one się przynajmniej od siebie różnią czymś więcej niż aspektami przystojności czy imionami.

Czy ja wspominałam o imionach? Nie, jeszcze nie. A trzeba – otóż, nasi bohaterowie to: Wrath, Rhage, Zsadist, Butch/Desthroyer, Vishous, Phury, Rehvenge, Tohrment/Thor, John Matthew/Tehrror, Qhuinn, Blaylock. Zauważacie nadobecność literki h w imionach? Przy innych wyrażeniach pochodzących z języka wampirzego jest podobnie (walkher), choć przy części autorka jednak sięgnęła po trochę mniej oczywiste brzmienia (np. shellan, hellern).

tumblr_m2ntldDXuB1ru4tdpo1_500

On nie ma takiego dramatycznego imienia z literką h w środku. Kotek pojawił się dlatego, że nie mam pomysłu, jakie śliczne zdjęcia można by jeszcze wrzucić. Znaleziony na tumblr.

Ale, wracając do Lover Eternal. Chyba wczoraj wymyśliłam, czemu ja wracam do tej powieści – wprawdzie mnóstwo kawałków w niej ignoruję (głównie te pisane z punktu widzenia lesserów), to w miarę całą ją czytam ponownie i ponownie. Otóż, stwierdzam, że przyczyna tkwi w ukochanej Rhage’a – Mary. Nawet nie w seksach (mnie też to dziwi), a właśnie w samej tej postaci. Mary jest kobietą po ciężkich przejściach – wygrała wojnę z białaczką. I właśnie w taki sposób jest opisywana: jako drobna, trochę za chuda kobieta o spojrzeniu odzwierciedlającym jej wojowniczą duszę. Dostajemy w Lover Eternal kobietę wcale nie piękną czy idealną, której wygląd i wewnętrzne cechy znajdują w sobie odbicie. Mary ma mnóstwo kompleksów – nie należy do kobiet, które rzucają się w oczy, za którymi mężczyźni szaleją, czy na jej widok wszystkim zapiera dech w piersiach. I, uwaga!, zostaje taka do końca książki! Tak! Nie mamy tu w cale do czynienia z wmówionym sobie kompleksem – Mary pozostaje taka, jaka jest, a członkowie bractwa zaczynają ją cenić nie za powalającą urodę, a za to, jaka jest: waleczna, opiekuńcza, odważna. Reszta mężczyzn nie tworzy nagle haremu, nie pojawia się wianuszek adoratorów olśnionych nagle jej urodą.

W Lover Eternal pojawia się jeszcze jeden motyw, który zwrócił moją kochającą angst uwagę – Mary ma nawrót białaczki i wszystko wskazuje na to, że nie dożyje końca powieści. I jakkolwiek książki z BDB należą raczej do tych ze szczęśliwymi zakończeniami (kategoria romansu zobowiązuje), to tym razem naprawdę wszystko wskazywało na to, że autorka poznęca się nad swoim bohaterem. Rhage już wyjściowo był udręczony – zdenerwował wampirzą boginię i został przeklęty, w jego ciele mieszka bestia przypominająca Godzillę, w którą ten zmienia się w momencie, gdy ponoszą go emocje. Tak więc nie zdziwiłoby mnie to za bardzo, gdyby dołożono mu jeszcze nieszczęśliwą miłość. Jak się domyślacie chyba już na tym etapie – książka kończy się dobrze. Ale chociaż pojawia się cud, to nie jest to cud darmowy.

Chciałabym przez moment jeszcze skupić się na ciele Mary. Kobieta przeszła dwa razy śmierć kliniczną, otrzymała dwie dawki chemioterapii i jej ciało nosi tego ślady – blizny po rurkach, przeszczepie, karmieniu dojelitowym. Tak, to też jest jej źródłem kompleksów, z których uleczy ją Rhage (oczywiście). Ale, jest to też ciało, które znowu jest chore, dlatego Mary ma gorączki, a skórę zaczynają pokrywać siniaki, doprowadzające jej wampirzego kochanka do małych ataku paniki. Ten sam jednak kochanek – wielki, dominujący, z zaklętą w sobie bestią, pogromca lesserów, wybatożony (dziwi was ta scena w podobnej powieści? Mnie nie bardzo), nagle w porównaniu z Mary i jej noszącym blizny ciałem, staje się właściwie malutki. Ponieważ on jest zdrowy, wampiry w świecie BDB nie chorują, są okazami niezwykłego zdrowia, choć wciąż śmiertelne, zdecydowanie przewyższają ludzi pod względem odporności. Nagle to wszystko jednak nie ma znaczenia, ta cała doskonałość rasy zestawiona z człowiekiem, któremu nie można pomóc. Cała doskonałość, jaką wampiry dostały od swojej twórczyni, zdaje się na nic. Rhage nie może Mary obronić przed białaczką – nie skopie jej dupy, nie zastrzeli. Wszystko, co potrafi to trwać przy ukochanej i pomagać jej przez to przejść. I on nie odchodzi.

Takie zestawienie sprawia, że czytelnicy dostają w ręce naprawdę ciekawie rozpisaną trudną sytuację, z którą bohaterowie muszą sobie jakoś poradzić. Rhage (nazywany przez swoich braci z Brotherhood Hollywoodem) czasami robi sceny godne niejednej drama queen, ale się stara, robi wszystko, co może. A z drugiej strony jest Mary – kobieta chora, samotna, bez rodziny, która z całych sił stara się nie dać po sobie znać, że się boi. Jeśli zacznie to pokazywać, może nie dać rady, nie wygrać kolejnej bitwy. Nie chce więc dopuścić do siebie Rhage’a – z różnych powodów – ale wampir się nie poddaje. Jego główną bronią jest szczerość oraz wielkie dramatyczne sceny i gesty.

No więc dlaczego wracam do Lovers Eternal? Obstawiam, że przez Mary i jej prawdziwość. Przez to, że jest niezwykle ciekawą kobietą, którą cały świat ludzki ignoruje, i trzeba jej rycerza na białym koniu (wampira w skórach i skórzanym płaszczu), aby coś się zmieniło. Strony mnóstwa paranormal romance zapełniają śliczne bohaterki, które tylko we własnych oczach są brzydkie, a na swoim progu mają już cały wianuszek adoratorów (cześć, Anito Blake). I to właśnie na stronach niezwykle przeciętnej, jeśli nie powiedzieć słabej serii znalazł się wyjątek. Naprawdę fajny wyjątek.

Acz do czytania BDB nie zachęcam, chyba, że macie wysoki poziom czytelniczego masochizmu.

xzPmJ

PS. Dzisiejszą notkę sponsorują wnioski stypendialne i stos prezentacji filmowych. Dlatego jest taka dziwna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s