Flirtowanie z literaturą – „Four Nights With The Duke” Eloisy James

Mam przyjaciółkę pożerającą romanse historyczne jak Pac(Wo)man z ADHD – mowa o Teyi. Poprosiłam ją, aby od czasu do czasu napisała coś na temat czytanych przez siebie książek. Niedawno przysłała mi taki tekst-niespodziankę, który Wam poniżej prezentuję.


 

Czasami tak bywa z ulubionymi pisarkami – sięgając po ich dzieła spodziewamy się konkretnych zabiegów literackich, charakterystycznych typów postaci i właściwie tych samych emocji, co ostatnim razem. Po dziesiątej, dwudziestej książce zauważamy schematy, które zaczynają nas męczyć i zniechęcać. Niestety, muszę przyznać, że gdy rozpoczęłam lekturę Four Nights With the Duke, uznałam, że ten moment nareszcie nastał – jedna z moich najukochańszych, najbardziej wyczekiwanych autorek zaczęła pisać według szablonu. Ciągle pisała dobrze, ale… trochę przesadzała.

2

Emilia „Mia” Gwendolyn Carrington była młodą dziewczyną po uszy zakochaną w młodziutkim księciu (duke), Evanderze Septimusie Brodym. Jak na całkowicie zauroczoną nastolatkę przystało, Mia potrafiła się wysilić, żeby te uczucia wyznać swojemu ukochanemu bez rzeczywistego wyrażania mu czegokolwiek. Pisała więc wylewne wiersze miłosne, które chowała bezpiecznie przed czyimkolwiek wzrokiem. Wpatrywała się w niego namiętnie, kiedy tylko nikt nie zwracał na nią uwagi. Okazjonalnie potrafiła się schować w trakcie balu tak, żeby go i jego przyjaciół podglądać z bezpiecznego miejsca. Wyobraźcie więc sobie przerażenie Mii, gdy tak niewinnie podsłuchując chłopięcą rozmowę, dowiedziała się, że jeden z jej wierszy miłosnych, jednoznacznie zaadresowany do Brody’ego, znalazł się w dłoniach tegoż właśnie diuka. Został również głośno odczytany, w jej, powiedzmy, obecności. Oraz zinterpretowany przez grupę nastoletnich, myślących tylko o jednym chłopców. Dowiedziała się przy okazji wiele na temat własnych wdzięków, tudzież ich braku. Słowem – katastrofa!

Co gorsza, lata później Mia znalazła się w kolejnej, równie nieprzyjemniej sytuacji. Potrzebowała męża – na szybko, koniecznie ze znaczącym tytułem, najlepiej kogoś, z kim związek nie byłby całkowitym zaskoczeniem dla arystokracji oraz kogo mogłaby zgrabnie zaszantażować. I taką właśnie osobą jest nie kto inny, jak syn wieloletniej kochanki ojca Mii, diuk Evander Septimus Brody we własnej osobie.

Mamy więc historię, która od samiusieńkiego początku gra na naszych emocjach. Bo która kobieta nigdy nie znalazła się w przeraźliwie niezręcznej sytuacji, nie została ośmieszona, czy chociażby zakochałą się po uszy w niewłaściwym chłopcu? Nawet jeśli nie byłyśmy, to możemy sobie to świetnie wyobrazić! Następnie Four Nights… traktuje nas ciągiem dramatycznych zwrotów akcji, pogarszających się gwałtownie losów postaci, wyskakujących, wydawałoby się, znikąd przeciwności losu, które czasem nabierają nieco absurdalnego rozmiaru. I wszystko to można by śmiało nazwać tandetą, odłożyć na półkę, aby chociaż zachwycało okładką, gdyby nie jedno małe, acz istotne ALE.

4

BuzzFeed

ALE przecież to jeden wielki zabieg stylistyczny, jawna zabawa formą i pełen humoru ukłon w stronę historii literackiej. Konkretniej, w stronę prekursorki romansów historycznych, powieści gotyckiej. Nie dosyć, że Mia jest autorką takich właśnie powieści, a fragmenty jej najnowszego dzieła pojawiają się pomiędzy rozdziałami i bezpośrednio nawiązują do zdarzeń w Four Nights…, a często je także równoważą swoją absurdalnością (bohaterkę potrafi uratować bryza, która unosi ją znad niebezpieczeństwa na bezpieczną łąkę i tym podobne). Oczywiście ta absurdalność jest wymogiem gatunku.

W książce pojawiają się też nawiązania do współczesnych autorek romansów historycznych. Ze zmienionymi nazwiskami pisarki pojawiają się jako autorki – rywalki Mii. I, jak to w życiu samej Eloisy James bywa, Mia zamiast z nimi współzawodniczyć, czy pracować nad swoją powieścią, zaczytuje się po nocach w ich dzieła. W ogóle proces tworzenia Mii może nam nieco przybliżyć proces twórczy samej autorki. Naturalnie w dosyć wykrzywionej, dostosowanej do historii wersji. Całą książkę można więc traktować jako flirt z literaturą kobiecą – jej gatunkami, historią oraz współczesnymi realiami wydawniczymi.

Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z grzeczniutką powieścią. Jak sam tytuł wskazuje, powieść koncentruje się na czterech nocach z diukiem, nie spędzonych bynajmniej na rozmowach. Dosyć bezwstydnie Eloisa napakowała strony swojej powieści erotyką, która nie jest ani wrzucona w historię bezmyślnie, ani pozbawiona tego, co tygryski lubią najbardziej.

1

Niestety, na razie Four nights… możemy spożywać wyłącznie w języku angielskim. Polscy wydawcy coraz chętniej sięgają po Eloisę James, jestem więc pełna nadziei. Tym jednak, którzy postanowią sięgnąć po oryginał, życzę równie miłego doświadczenia, jak moje. Mimo początkowych wątpliwości okazało się, że jednak co Eloisa to Eloisa.

Teya

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s