Serialowe guilty pleasures, część 1 (kiedyś będzie część 2)

Ostatnie dwie konferencje – o Światach Post-Apo w Lublinie (14 i 15 kwietnia 2016) oraz Serialowa w Olsztynie (5-7 maja 2016) – uświadomiły mi chyba najbardziej ze wszystkiego, jak bardzo głupiutkie produkcje ostatnio oglądam. Choć „oglądam” to chyba trochę za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę, jak rzadko spoglądam przy tym na ekran. Wiecie, te wszystkie czapki jakoś się robią, a do audiobooków trudno mi wrócić, poza tym nie mają tyle fajnych obrazków. No więc, co takiego właściwie oglądam?

Royal Pains

  1. Royal Pains (zwany w polskiej ramówce Bananowym doktorem, od 2009)

Powiedzmy sobie szczerze – medyczny MacGyver w idealnym i nierealnym świecie bogatych i sławnych Ameryki osiadłych w Hamptons. Główny bohater, Hank Lawson jest charyzmatycznym, pomysłowym, doskonale kojarzącym objawy lekarzem o silnej, żeby nie rzec żelaznej etyce lekarskiej. Kiedy więc do szpitala, w którym pracuje, przywieziony zostaje postrzelony chłopak pilnie wymagający pomocy, a Hankowi zarząd każe zająć się wpływowym dobroczyńcą placówki, nasz lekarz oczywiście wybiera bardziej krytyczny przypadek. Dobroczyńca umiera, a Hank wylatuje z pracy szybciej niż trwa czołówka. Załamany, bez perspektyw na zatrudnienie (och, ci niedobrzy znający się wszędzie specjaliści z doskonałymi kontaktami!) spędza więc czas na użalaniu się w swoim apartamencie, do czasu aż brat zabiera go na imprezę, gdzie – tak! – Hank ratuje komuś życie. Tajemniczy multimilioner i biznesmen Borys Kuester von Jurgens-Ratenicz (zawsze chciałam to napisać) oferuje mu pracę lekarza na telefon. Tak oto Hank rozpoczyna karierę konsjerż doktora. A my dostajemy serial z egzotycznymi przypadkami, wieloma sytuacjami „on zaraz umrze, muszę mu pomóc!” i przykładami, jak znajomość fizyki oraz chemii przydaje się w pracy lekarza polowego. Wciąż czekam, aż Hank zbuduje defibrylator ze swojej koszulki.

To naprawdę sympatyczna i głupiutka opowieść o leczeniu bogatych, nowobogatych, starobogatych oraz eskcentrycznych klientów, których przypadłości bywają prozaiczne (przeziębienie), nietypowe (zatrucie energy drinkami) po rzadko spotykane gdzie indziej (przygniecenie przez drzwi domowego schronu). No dobrze, tym, co mnie totalnie sprzedało tej serii to dwie sprawy: pierwsza, przez cały początkowy prawie sezon scenarzyści kreują Borysa na szpiega/agenta specjalnego/Batmana – on ma nawet własną pieczarę! No właśnie, w tej pieczarze pojawił się drugi powód – Borys miał rekina. Mej radości i śmiechu nie było końca.

Hellcats

  1. Hellcats (2010)

Serial o cheerleaderkach i cheerleaderach, a dokładniej o studentce prawa w college’u, której skończyło się stypendium i musi na gwałtu rety coś znaleźć. Dlatego postanawia sprzedać duszę diabłu i zgłasza się na casting do uczelnianej formacji cheerującej – tytułowych Hellcats. Sądziłam, że czeka mnie sezon cierpień blond bohaterki związanych z jej nowymi obowiązkami, tymczasem Marti dość szybko daje się wciągnąć swojej nowej rodzinie, pociągając za sobą najlepszego kumpla. Oczywiście dość szybko pojawia się kolejny kryzys – cheerleaderzy stracą stypendia, jeśli nie wygrają najważniejszego konkursu ze swojej dziedziny sportowej (pół serialu wszyscy się kłócą, czy cheerujący są atletami/sportowcami czy nie). Tak więc Marti musi się zaangażować, bo inaczej papa college, papa prawnicze studia i kariera na drugim końcu kraju.

To serial z dużą ilością ładnych, wysportowanych ludzi robiących sportowe fikołki, wyskoki i od czasu do czasu tańczących. Przy tym ich życie poza Hellcatsami jest takie cudownie… proste. Scenarzyści się nie popisali z fantazją, konstruując płaskie, przewidywalne problemy, dlatego właśnie Hellcats nie mają więcej niż jeden sezon (i to akurat jest na plus). Tym samym jest to serial, który doskonale się ogląda, jak brak nam sił na cokolwiek.

Powód oglądania: Gale Harold (jestem prosta)

Shannara

  1. Shannara Chronicles (od 2016)

Shannara to moje największe zaskoczenie zimowo-wiosennego sezonu serialowego. Powiedzmy sobie szczerze, nad tym pracowali ludzie z MTV, więc nie spodziewałam się po nim absolutnie niczego poza totalną żenadą. Tymczasem Kroniki okazały się być fantastycznie fantastyczne, zaskakujące i w ciekawy sposób reprezentujące postapo (i to takie postapo, co to ma stare cywilizacje w głębokim poważaniu), a także po prostu śliczne. Poza tym to pierwszy przyzwoity serial fantasy, który nie jest Grą o Tron, który ostatnio zrobiono. Nakręcone w Nowej Zelandii wręcz poraża zielenią oraz pięknymi krajobrazami. I mają Johna Rhys-Daviesa w roli elfiego króla – wiecie, ex-krasnolud jako władca elfów, fiki same się piszą.

Fabularnie Shannara jest wręcz banalna – ot, drużyna trojga musi ocalić świat przed zagładą ze strony demonów, co to zaczynają się budzić, ponieważ pilnujące ich drzewo umiera (tak, drzewo!). W skład zbawców wchodzą: elfia księżniczka, pół-elfi wieśniak z krwią królów i ludzka złodziejka. Pomaga im ostatni druid – druid jest dobrym powodem, aby obejrzeć ten serial, choć jest go zdecydowanie zbyt mało – Allanon. Na ekranie zobaczymy również harpie, zrujnowane ludzkie miasta, odpowiednio brzydkie demony, jak i bohaterów, którzy jak umrą, pozostaną martwi. To ostatnie chyba najbardziej zaskakuje – za dużo Supernatural? Być może. Osobiście nie mogę się doczekać kolejnego sezonu (a będzie!) i jednocześnie się go boję (bo MTV i co zrobili z Teen Wolfem).

Teen Wolf

  1. Teen Wolf (od 2011)

Nie, nie mam pojęcia, dlaczego właściwie oglądam ten serial dalej, zwłaszcza, że z każdym sezonem jest coraz głupszy – a ambitny od samego początku nie był. To serial, jak sama nazwa wskazuje, o nastoletnim wilkołaku – niegdyś o kilku wilkołakach, ale tych ostatnio znacząco upadło na rzecz innych nadnaturalnych stworzeń. Nie będę pisać o czym on jest, bo szczerze powiedziawszy, na ten moment właściwie nie bardzo jest o czymś. Włączam kolejne epizody, aby wiedzieć, co się dzieje w serialu z dynamicznym i produktywnym fandomem, a także – czy reżyserzy wymyślili może nowy sposób, aby odwrócić uwagę widzów od dziur fabularnych, a wierzcie mi kochani, fabuła przypomina ser szwajcarski z niewielką ilością sera a sporą zawartością dziur. Jedną z takich taktyk, której wcale Teen Wolf nie wymyśliło, ale uwielbia stosować jest rozbieranie bohaterów w kluczowych momentach. Kilka nagich, męskich klat zazwyczaj działa cuda w kwestii odciągania uwagi.

Magicians

  1. The Magicians (od 2016)

To serial, co do którego nie bardzo miałam wybór – Teya umie być przekonywująca, kiedy chce, abym coś zobaczyła. Jestem mniej więcej w połowie pierwszego sezonu i jeśli mam być szczera, nie bardzo wiem o co chodzi, ale jest fajnie. To serial o szkole czarodziejów, do której trafia główny bohater serii, Quentin, totalna życiowa pierdoła, którą z chęcią zobaczyłabym wypisaną z serialu, ale chyba się nie da, bo wokół niego zbudowana jest cała wielka tajemnica. Więc dlaczego, o dlaczego oglądam kolejne odcinki? Odpowiedzi są dwie: Penny i Elliot. To są moi bohaterowie! Ciekawi, nieszablonowi oraz nienudni.

To jest produkcja ShowCase, ciekawa, ładna, z całkiem dobrze zrobioną magią. Nie wiem, czy pamiętacie, ale swego czasu pisałam o serialach o czarownicach, narzekając, że większość jest pod tym względem dość słaba. Tutaj jest całkiem niezły system, który serial zawdzięcza swojemu źródłu – książkom Grossmana (jeszcze nie czytałam). Fabuła do ósmego odcinka wciąż nie bardzo umie się rozwinąć, dzięki czemu ogląda się właściwie kolejne lekcje magii głównych bohaterów – dziwaczne, czasem mało sensowne, bardzo nie Hogwartowe (co zaliczam na plus).

 

To tyle. Wracam szydełkować nowe projekty i poszukiwać kolejnych głupiutkich produkcji.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s