Serialowe guilty pleasures – część 2 (nastało kiedyś)

No nie wierzę, przyszło kiedyś! A zatem część 2 listy tych-mniej-ambitnych seriali, przy których uwielbiam robić dosłownie wszystko, zapominając nie raz o tym, żeby je po prostu oglądać. Każdy ma takie – nie ukrywajmy. Ja się po prostu do nich przyznaję.

THE 100 1

  1. The 100 (od 2014)

Sprawa z tym serialem jest, oględnie rzecz ujmując, troszeczkę skomplikowana. Ponieważ po dwóch sezonach festiwalu głupkowatości The 100 zaczęło po pierwsze – mieć sens, po drugie – łatać dziury logiczne, po trzecie – być na poważnie. Co, niestety, sprawia, że przestaję móc się radośnie naśmiewać z tej produkcji i przestaje ona trochę spełniać swoją funkcję, co z jednej strony jest w tym momencie strasznie smutne, a z drugiej staje się ciekawym zjawiskiem. Gdyż, no halo!, ale można w trzecim sezonie stworzyć z mamałygi serial sensowny, poważny, a nawet miejscami – trudny (zwłaszcza pod względem treści).

Oglądając pierwszy sezon po prostu turlałam się z radości na wszystkie zawarte w The 100 bzdurki. Nasi bohaterowie mieszkają na stacji kosmicznej, bo na ziemi jest ździebko radioaktywna. Wiecie – skażemy wszystkich młodych na śmierć za złamanie prawa! Tak, będziemy udawać, że mogą liczyć na ułaskawienie, ale nie mogą. Nie, żeby nam się nie przydali później do utrzymania populacji i odpowiedniej puli genetycznej. Nie, no skąd. Albo jeszcze lepiej – setkę z tych młodych, oczekujących na wyrok wyślemy na Ziemię, żeby sprawdzić, czy tam można żyć, ale jeśli nie można to ojej. Na planecie życie przetrwało – same życie dość trudno stłamsić – ale w większości jest zmutowane (przez trzy sezony chyba tylko cztery takie zwierzaki pokazano). Część ludzi też przetrwała. W zasadzie ich mutacje są godne pozazdroszczenia – siła, proste, białe zęby, zacny wzrost. Poza tym przez pierwszy sezon mamy do czynienia z nieudolnie przeniesionym Władcą much do young adultowego postapo z wnerwiającą główną bohaterką, jej beznadziejnym love interestem (na szczęście nie przetrwał, ale też cudownie to poprowadzono) i bieganiem w kółko – dosłownie i w przenośni. Acz moje serce zdobył przywódca stacji, co się w rakiecie z orbity wystrzelił na ziemię. Przeżył.

Ale sami widzicie – The 100 było cudownie głupie. Już nie jest. I nie, nie bardzo można oglądać sezon 3. bez znajomości dwóch poprzednich.

Chuck

  1. Chuck (2007-2012)

Nasza historia zaczęła się w zasadzie na początku czerwca, kiedy to Kropka stwierdziła, że to skandal, iż nie poznałam się z Chuckiem. Nie miałam wyjścia – musiałam obejrzeć pilota. I mniej więcej tyle mi wystarczyło, żeby się zakochać. Kilka lat wcześniej podobną kampanię próbowała przeprowadzić Teya, ale nie zdecydowała się mnie po prostu posadzić przed ekranem i przypilnować, żebym nie uciekła.

Chuck to cudownie nierealistyczny i świadomy swojego braku realizmu serial o wyrzuconym z college’u, inteligentnym chłopaku pracującym w sklepie z elektroniką, który przez przypadek staje się chodzącą kopią wszystkich państwowych sekretów. Dodajmy, że jedyną kopią, a oryginał wyleciał w powietrze. Sami rozumiecie – wszystko grubymi nićmi szyte, bajka szpiegowska. Agent NSA i agentka CIA zaczynają opiekę nad Chuckiem, który wciąż prowadzi swoje całkiem zwyczajne życie mieszkającego z siostrą i jej chłopakiem naprawiacza elektroniki. Nadopiekuńcza siostra i Mr Awsome są wprost idealną parą, kochającą się, inteligentną (choć on nie bardzo na takiego wygląda, to jednak medycynę skończył), która przejmuje się nieistniejącym życiem miłosnym braciszka. Do tego dochodzi najlepszy przyjaciel, Morgan, który jest… sympatycznie dziwny i trochę społecznie upośledzony. Mamy też całą załogę sklepu, w którym nasz główny bohater pracuje – przerysowaną, zaskakującą, dziwną. Łapię się co pewien czas na myśli, że mogłabym z nimi pracować.

Jednym słowem – cudowne. Czego można chcieć więcej? Zdecydowanie Chuck wpada w kategorię comfort series – kocyk, ciepła herbatka, ewentualnie szydełko i motek włóczki. I świat staje się nagle fajniejszym miejscem do zamieszkiwania.

Arrow

  1. Arrow (od 2012)

Często spotykam się ze zdziwieniem, gdy mówię, że oglądam i kocham Arrow. Wy, którzy się na mnie tak dziwnie patrzycie, nie rozumiecie, na czym polega sukces tej telewizyjnej produkcji DC. Otóż są trzy filary, które sprawiają, że tyle osób na świecie pokochało tę produkcję: Stephen Amell (Olivier Queen), Emily Bett Rickards (Felicity Smoak) i John Barrowman (*tu wstawić squee*). A dokładniej: goła klata co odcinek, seksowna nerka i kapitan Jack Harkness. Tak, moimi mili, to jest serial dla dziewczynek (rozumiane jako kategoria, nie gender specific show). I ten argument działa najlepiej. Nawet na konferencjach naukowych. Sprawdzałam.

To jest superbohaterski serial ze stajni DC, który bardzo próbuje być realistyczny i poważny. Ponieważ wszyscy uważamy, że zwalczający zbrodnie amatorzy będą biegać po mieście z łukiem, aby strzelać „szczałami” w tych złych (na X-men Apocalypse na podobnej scenie wszyscy buchnęli śmiechem). Poza tym jak się ubierze kaptur na głowę, machnie węglem przez oczy i będzie mówić niskim głosem to na bank nikt nas nie rozpozna. No więc – realistyczny i poważny. Dzięki niemu poznałam Druida (Manu Benett, który dla mnie już zawsze będzie Allanonem), to on zresztą po pierwszym wypisaniu Barrowmana z częstego pojawiania się na ekranie sprawił, że w ogóle zostałam przy oglądaniu. No, dobrze, często trenujący na ekranie Amell też miał coś z tym wspólnego. I fakt, że po prostu pokochałam tego faceta tak po prostu – po obserwowaniu fan page’a na fejsie oraz oglądaniu wywiadów w nerd hq z Comic Conu z San Diego (och, kochamy streamy w czasie kalifornijskim).

Tak czy inaczej do Arrow trzeba mieć dystans i po prostu cieszyć się ładnymi widokami (nie tylko ludźmi!).

flash

  1. The Flash (od 2014)

Moja pierwsza reakcja? Ojeju, jaki cudowny plastikowy happyland! Flash, choć wprowadzony naprawdę fajnie i płynnie w Arrow (czego nie można powiedzieć o przedstawianiu postaci z League of Legends w ostatnim sezonie), jest produkcją skrajnie od swojego poprzednika inną. Widać to w zasadzie na pierwszy rzut oka – klucz kolorystyczny jest jaśniejszy, bardziej pastelowy, przez co nie ma się wrażenia, że zaraz świat się chyba wszystkim wokoło skończy.

Barry jest przesympatycznym młodzieńcem, który bardzo szybko biega (wiem, eufemizm roku) i przeżywa różne przygody. Naprawdę nie nazwałabym tego inaczej – ponieważ nawet jeśli coś wybucha, ktoś do kogoś strzela albo nawet umiera, wciąż pozostajemy w tym kręgu lekkiej historyjki. Nie wiem, jak to się udało scenarzystom, ale pomimo upływu czasu wciąż pozostają w pewien sposób w krainie tęcz i szczeniaczków, nawet jeśli dzieją się dramaty (a czasem się dzieją, zwłaszcza finał sezonu 1).

Chwila dla fangirla: Nie chcę innego Flasha niż Grant Gustin. DC się nie zna! *tup*

SPN

  1. Supernatural (od 2005)

Obejrzałam 9 z 11 sezonów. W pewnym momencie pewnie nadrobię pozostałe, chociaż bardzo się boję. Po Lewiatanach większość z nas się obawiała, co będzie dalej – i słusznie. Tym bardziej teraz, kiedy niebo zamknięte, piekłem rządzi urzędas (kochamy Crowleya, ale to wciąż urzędas), a bracia Winchester znowu chcą „zbawiać świat”… no można się było zastanawiać, co jeszcze mogą zepsuć.

O tym serialu pewnie większość z Was słyszała albo sama go ogląda. Przy takiej liczbie odcinków Supernatural dość szybko osiągnęło wyżyny niespójności i ogólnego „ale co tu się właściwie dzieje?” oraz permanentnej niezdolności ukochanych przez publikę postaci do pozostawania martwymi. Oni wszyscy w końcu wracają (poza Gabrielem, jak donosi moje oglądające na bieżąco źródło). Opowiada on o braciach Winchesterach, którzy przemierzają Stany Zjednoczone i pomagają ludziom dotkniętym przez różnego rodzaju nadprzyrodzone (supernatural) zjawiska, jak wendigo, wampiry, wilkołaki, elfy czy demony. Z tymi ostatnimi oczywiście radzą sobie najgorzej, ale od czasu aż dostali do towarzystwa osobistego aniołka z ogromnym ego, który razu pewnego stwierdził, że zostanie nowym bogiem (pomińmy, pomińmy), idzie im lepiej. Nawet zatrzymali apokalipsę, poświęcając przy tym swojego trzeciego brata, o którym nie mieli wcześniej pojęcia. Problem, że oni tą apokalipsę zatrzymali na koniec sezonu czwartego piątego. Cała reszta po-apokalipsie… no aż się czasem zastanawiam, czy nie lepiej było jednak do niej doprowadzić niż zostawiać Winchesterów samopas.

Supernatural to jeden z tych seriali z bardziej rozbudowanym fandomem, który jest niezwykle płodny, a przez to cudowny do badań. Ale też ma dobrze napisane i zagrane postaci – ich się po prostu nie chce opuszczać. Na dodatek odtwarzający ich aktorzy świetnie się promują na konwentach, a jakiś czas temu wszyscy już opanowali social media.

Poza tym mają Mishę Collinsa.

Nie znam animacji – jestem złym, niedobrym widzem i wciąż nie widziałam.


Ach – całkiem możliwe, że będzie część trzecia seriali spod znaki „ale dlaczego ty to w ogóle oglądasz?”, ale wszystko zależy od tego, czy wydobędę z odmętów pamięci jeszcze pięć tytułów Na razie te odmęty są wielkie i głębokie. I pływają w nich mangi.

Advertisements

6 thoughts on “Serialowe guilty pleasures – część 2 (nastało kiedyś)

  1. Joanna Nowacka pisze:

    Apokalipse zatrzymali w 5 sezonie :P I masz racje – na tym sezonie powinni zakończyć. Z ciekawostek, początkowo Kripke planował zakończyć Supernatural po 5 sezonach. Pewnie dlatego z każdym następnym sezonem jest coraz gorzej (też skończyłam na 9 :P )

    Lubię to

    • Aninreh pisze:

      Zawsze się pomylę o jeden, zawsze :D Dzięki, poprawiam. I to, że planował skończyć – było widać. Lewiatany. Wybielacz. Kurtyna.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s