„Doushitemo furetakunai” w obrazach, czyli „Labirynt uczuć” Yonedy Kou jako film

Chociaż planowałam niedziele zostawiać dla mang BL, dziś będzie trochę inaczej. Zamiast bowiem mangą, zajmiemy się ekranizacją Labiryntu uczuć Yonedy Kou, o której warto wspomnieć, choćby dlatego, że przenoszenie na materię filmową yaoi nie jest ani częste, ani, jeśli już się pojawia, szczodrze finansowane. Dlatego jakościowo bywają różne – czy pod względem reżyserskim, aktorskim czy scenograficznym. Na tym tle Doushitemo furetakunai (2014) wypada naprawdę dobrze.

doushitemo-0a

Toshiaki Shima (Kosuke Yonehara) właśnie zmienił pracę, a jego nowy szef wydaje się pozostawiać wiele do życzenia pod względem higieny osobistej. Pierwsze wrażenie, jakie zrobił Yosuke Togawa (Masashi Taniguchi) na naszym głównym bohaterze dobre nie było – śmierdzący piwem, fajkami, nieumyty i nieprzytomny, nie zapowiadał się zbyt dobrze. Sytuacja zaczyna się zmieniać od pierwszej, integracyjnej popijawy, w czasie której Shima przyznaje, że nie pali i nie pije, jak i gdzie pracował wcześniej. Gdy jeden z jego nowych współpracowników zaczyna zbyt mocno domagać się odpowiedzi na pytanie, dlaczego Toshiaki odszedł z poprzedniej firmy, niespodziewanie z pomocą przychodzi mu właśnie Togawa. Od tego czasu Shima zaczyna uważniej przyglądać się swojemu szefowi oraz dość szybko wpada dokładnie w te same kłopoty, co w poprzedniej pracy: zakochuje się w heteroseksualnym mężczyźnie. Tyle, że tym razem, obiekt jego uczuć nie okazuje się skończonym draniem.

doushitemo-3

Pierwsze spotkanie w windzie

Historia, którą oglądamy na ekranach telewizorów/monitorów jest prawie identyczna do tej, którą znajdziemy w mandze. I to do tego stopnia, że niektóre sceny, kadry, a nawet ujęcia zostały przeniesione do nowego medium. Na szczęście jednak reżyser Doushitemo, Chichiro Amano, nie zdecydował się na coś, co pojawiło się choćby w Seven days (później wam o tych dwóch filmach jeszcze napiszę) – mianowicie nie przełożył poetyki mangi bezpośrednio na język filmu. Dzięki temu nie znajdziemy tu za długich ujęć „spojrzeń znad ramienia”, które w kadrach komiksowych tworzą odpowiedni nastrój, ale już w ekranizacji działają zgoła inaczej. Długimi ujęciami można budować nastrój tylko, jeśli stosuje się je rozsądnie oraz w odpowiednich momentach. Jak pokazuje wspomniane Seven days, wyjątkowo łatwo przesadzić. Tymczasem w przypadku Doushitemo, praca Yonedy nie została wykorzystana jako gotowy storyboard, choć nie będziemy tu jednak mówić o adaptacji na miarę choćby właśnie ukazujących się Shadowhunters. Dzięki wprowadzeniu niewielkich zmian, mającym dostosować historię Doushitemo do formatu filmowego, ta historia naprawdę do nas trafia.

doushitemo-4

W filmie znajdziemy wiele podobnych ujęć, z domu, z daleka, co sprawia, że możemy poczuć się, jak podglądacze

Jednakże – choć doceniam, że nie twórcy nie zrobili prostego kopiuj-wklej z mangi do filmu, nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że taka nawet ograniczona identyczność jako widzowi mi odpowiada. Z jednej strony jest to fantastyczne, ponieważ Yoneda doskonale wiedziała, co robi, a z drugiej znając komiks, chciałabym jednak dostać albo coś nowego, albo coś przynajmniej dostatecznie zmienionego, aby mnie zaskoczyło. Nie zrozumcie mnie źle, Doushitemo jest filmem ładnym, dobrym, rozwijającymi niektóre z aspektów mangi, a niektóre pomijając. Za wspaniałe na przykład uważam wypisanie sceny, w które Togawa, sfrustrowany, zmusza do seksu Shimę, zastępując ją poważną rozmową dwóch dorosłych, dojrzałych osób na temat przyszłości oraz oczekiwań. To, wbrew pozorom, nie jest wielka zmiana, ale szkoda, że nie było ich trochę więcej. Być może się czepiam, być może lepiej nie ruszać historii z tak dobrze rozpracowaną dynamiką pomiędzy bohaterami, która bierze pod uwagę nie tylko tu i teraz, ale również zaszłe problemy oraz traumy. Można się tu było pokusić o większe wyeksponowanie tego, co dotknęło Shimę, zwłaszcza, że aktorzy poradzili sobie z rolami całkiem nieźle – nie byli zbyt sztywni czy skrępowani faktem, że grają gejów. Jako w pełni swobodnej ich gry jednak również nie można nazwać. Nie osiągnęli może poziomu Queer as Folk, ale najgorzej również nie jest. Odniosłam wrażenie, że o wiele lepiej w swojej roli czuł się Taniguchi (Togawa) niż Yonehara (Shima), ale też przed tym drugim postawiono trudniejsze zadanie do odegrania. Całkiem nieźle również poradzili sobie ze sceną erotyczną.

doushitemo-5

Tak więc to nie jest tak, że ten Doushitemo jest słabe i nie warto go oglądać, nie – na tle reszty japońskich produkcji BL wypada dobrze. Na szczególną uwagę na pewno zasługują ujęcia podkreślające samotność oraz poczucie alienacji Shimy. Najwyraźniej pokazują to poranki, gdy widzimy niewielkie mieszkanie Toshiakiego, a w nim – minimalistycznie urządzone wnętrze, prawie nieistniejące w przestrzeni rzeczy osobiste, uschnięte i zaniedbane rośliny. Shima został skrzywdzony i nie chce znowu przechodzić przez ten sam proces rozczarowania relacjami z innymi, nie tylko romantycznymi. Tym razem jednak ma przełożonych, którzy się przejmują – i to nie tylko Togawa, ale również jego zastępca, Ryo Onoda (Sho Tomita), opiekują się członkiem zespołu. Czy też: oswajają powoli Shimę. Zanim jednak ten zechce wyjść ze swojej ochronnej skorupy, musi minąć trochę czasu.

doushitemo-1

Pokój Shimy, rano. Ten kłębek pod kołdrą to nasz główny bohater

doushitemo-2

Podsumowując – Doushitemo to film dobry i przyjemny. Z dobrą historią, ale też nie trudno o to, biorąc pod uwagę mangę, na której został oparty. Jest wręcz idealny na leniwy wieczór.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s