Fikcje rynkowe według Państwowego Instytutu Wydawniczego?

Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW), wydawnictwo założone w 1946 roku, przechodziło ogromny kryzys, który – połączony z wciąż powiększającym się zadłużeniem – groził likwidacją firmy. Nie byłoby w tym może niczego wartego wielkiego zamieszania, gdybyśmy nie mówili o jednym z wiodących wydawców literatury popularnej. W październiku 2015 roku zapadła decyzja o przekształceniu PIW-u w narodową instytucję kultury, tym samym minister uchylił decyzję o zadłużeniu, a finansowanie wzięło na siebie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Po co nam tyle zachodu o nie radzące sobie po transformacji przedsiębiorstwo wydawnicze? Jeden z powodów jest bardzo prosty, acz nie dla wszystkich wystarczający: do tej pory większość dzieł klasycznej czy też kanonicznej literatury pięknej ukazywała się właśnie nakładem tego wydawcy, podobnie zresztą jak traktaty filozoficzne oraz historyczne. Nie ukrywajmy, że przy takiej ofercie, pozbawionej bestsellerów często miernej jakości, ale dbającej o dobór tytułów ambitnych, PIW-owi łatwo być nie mogło. Poza tym mieliśmy do czynienia z kwestią “być albo nie być” ostatniego państwowego wydawcy, który w swoich rękach miał właściwie bezcenne dla kultury prawa autorskie oraz do tłumaczeń. Ale – dzięki akcji #RatujPIW i ingerencji ówczesnego premiera, wydawnictwo zostało przekształcone, problemy zniesione, możemy cieszyć się faktem, że udało nam się obronić książkę przed likwidatorskim młotkiem (co zresztą i tak stało pod znakiem zapytania, gdyż likwidator odpowiedzialny za tę sprawą oświadczył, że PIW się z długów powoli wyciąga).

Do nowych zadań PIW-u należą zatem teraz ochrona, zabezpieczanie i upowszechnianie dziedzictwa literackiego oraz kulturowego, polskiego i światowego, promocja, edukacja oraz wciąż wydawanie kolejnych pozycji, spełniających postawione instytucji zadania.

PIW - 3

Festetics Palace, Keszthely, Węgry (Tumblr)

Tak więc – od tego roku mamy nowego dyrektora, dr. Łukasza Michalskiego, człowieka z wizją, którą ujawnił w rozmowie z Gazetą Wyborczą. Przede wszystkim nie zamierza wycofywać się z klasyki, wręcz chciałby pozyskać autorów na przykład z Azji, zajmujących się analizą systemów totalitarnych, i pod żadnym pozorem nie zamierza ścigać się z innymi wydawnictwami komercyjnymi, a raczej skoncentrować się na realizowaniu misji PIW-u. Nie grozi nam więc pojawienie się w katalogu Instytutu pozycji podobnych do Gry o Ferrin wiadomej autorki, jak miało to miejsce w Wydawnictwie Literackim. Brzmi dobrze, prawda? A przynajmniej nie powinniśmy za mocno kręcić nosem, że za państwowe pieniądze wspierani są niewarci tego autorzy czy autorki. Na podstawie tych deklaracji można by stwierdzić, że jest wręcz optymistycznie. Tylko że Michalski na tym nie kończy.

– Będziemy też wydawać literaturę konserwatywną. Jeśli jakiejś literatury w Polsce brakuje, to właśnie tej, a nie tej z drugiej strony umownej barykady – tłumaczy Michalski.

Czy mam coś przeciw wydawaniu literatury konserwatywnej? Oczywiście, że nie, niech się ukazuje w PIW-ie, jeśli tylko spełnia pozostałe założenia przyświecające tej świeżej instytucji kultury. Gdyż jeśli jedynym argumentem za wyborem pozycji do katalogu ma być jej „konserwatywność” – wówczas obiekcje bym miała. Ale, nie ma co dzielić włosa na czworo, w końcu jeszcze nie wiemy, co Michalski wybierze. Odkładamy zatem na bok wszelkie obawy i czarnowidztwo.

PIW - 4

Skywalker Ranch, Kalifornia, Stany Zjednoczone (tumblr)

Czytamy dalej wypowiedzi nowego dyrektora:

– Jeśli ktoś uważa Orzeszkową za ramotę, to znaczy, że nie przeczytał przynajmniej pięciu jej książek – wywodzi Michalski. – Chciałbym przeczytać dzisiejszą powieść, która odnosiłaby się do wszystkich współczesnych problemów, tak jak do problemów swojej ery odnosiła się Orzeszkowa w Nad Niemnem.

No dobrze. Eliza Orzeszkowa jest jedną z flagowych pisarek pozytywizmu, poza tym było z niej bardzo niekowserwatywne ziółko w życiu prywatnym. Z punkty widzenia XXI wieku proza Orzeszkowej jest nie tyle przestarzała, co wręcz nieznośna w swojej warstwie stylistycznej. Mała dygresja: na większości polonistyk w pewnym momencie wytwarza się na każdym roku podział na romantyków i pozytywistów. I jakkolwiek ci pierwsi uwielbiają wielkie porywy serca i dramatyczne deklaracje, tak ci drudzy, jak mawiał profesor Data, są doskonałymi doradcami (pamiętajcie, w przypadku depresji nie radźcie się romantyków). Szanuję gusta literackie, nie muszę ich rozumieć. Dla mnie przebrnięcie przez pozytywistyczną listę lektur to była zgroza i tak jak z nowelami dałam sobie jeszcze radę, tak Nad Niemnem pokonało mnie szybko. Nie przez nieprzystawalność do naszych czasów, bo część poruszanych problemów nie straciła, wbrew pozorom, na istotności nawet dzisiaj (pilnujcie dziecka, bo nawet w kałuży może się utopić!). Większym problemem, jak wspomniałam, jest to, jak Nad Niemnem zostało napisane. Orzeszkowa zgodnie z zasadą „pracy u podstaw” pisała tak, aby jej prozę rozumieli również ludzie niewykształceni, a zarazem aby ich przy tym czegoś nauczyć. To pociągnęło za sobą dwie konsekwencje: prosty język oraz ciągłe powtarzanie niektórych informacji, niekoniecznie nawet parafrazowanych.

PIW - 5

Skywalker Ranch, Kalifornia, Stany Zjednoczone (tumblr)

Niepokoją mnie jednak w wypowiedzi Michalskiego dwie kwestie: po pierwsze pomija też współczesną prozę, a przynajmniej uznaje ją za mniej istotną, ważną czy piękną niż dorobek pozytywistycznych pisarzy. Przypomnę, pozytywizm to lata 90. XIX wieku, co najmniej trzy albo cztery (zależnie od tego czy dzielimy współczesność, czy nie) epoki literackie temu. A potem nie pojawiają się żadne, poruszające problemy ówczesnych mieszkańców Polski teksty literackie? Żadne? To skąd nagrody wręczane przez krytyków? A może chodzi o to, że nie są „kompleksowe”? Że skupiają się nieraz na wycinkach, dogłębnie je analizując i korzystają przy tym często z artystycznych środków wyrazu? No właśnie, a może chodzi o zbyt skomplikowany język?

Po drugie, Michalski zdaje się nie widzieć czegoś jeszcze – Orzeszkowa nie obejmowała wszystkich problemów sobie współczesnych w jednej powieści. Najważniejsze, owszem, ukierunkowane ideologicznie także, ale nie wszystkie, ponieważ jest to po prostu niewykonalne. I to nie tylko dlatego, że ile jest osób, tyle poważnych problemów, ale też Orzeszkowa była jedna, zajmowała bardzo konkretną pozycję społeczną i w określony sposób patrzyła na świat. Możemy posłużyć się metaforą kolorowych okularów, które, zabarwiając rzeczywistość, zmieniają jej obraz. Poza tym my dzisiaj wiedzę o okresie opisywanym przez Orzeszkową czerpiemy z pism, a te, jak pokazują badania nad reportażem oraz nad procesami poznawczymi, zawsze obarczone są błędem obserwatora. Nie dawały i nigdy nie dadzą pełnego oglądu na dany okres czasu, kraj, czy choćby niewielkie miasteczko. Gloryfikowanie Nad Niemnem, przywołanego tutaj zapewne jako przykład, mija się więc z celem. To lektura należąca do kanonu polskiej literatury pięknej, ale nie jest ani reportażem, ani dokładnym zapisem rzeczywistości, w tym: kompleksowym opisem problemów.

PIW - 6

Zamek Highclere, Hampshire, Wielkie Brytania (tumblr)

Z trzeciej strony – jako przykład padła w końcu pisarka, a nie znów Sienkiewicz czy Mickiewicz.

– Podział wiekowy, płciowy czy pokoleniowy czytelników to są jakieś fikcje – zapewnia dyrektor Michalski. – Literaturę dzielimy na dobrą i złą. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. Ktoś, kto nie jest dobrej literatury uczony, nigdy nie będzie w stanie po nią sięgnąć.

Gdy podsunęłam ten artykuł mojej pracującej w bibliotece przyjaciółce, wybuchnęła śmiechem. Podobnie zapewne zareagowali księgarze, wydawcy, graficy zatrudniani przez wydawnictwa i tak dalej. Tu nie chodzi nawet o to, że tylko kobiety czytają literaturę kobiecą, a literatura męska jako kategoria nawet nie istnieje – ludzie sięgają po autorów, autorki, gatunki, serie, fikcję i nie-fikcję (nonfiction), jak tylko mają ochotę. Jednak praktyka wskazuje, że po niektóre częściej sięgają kobiety albo mężczyźni, z czego wydawnictwa, marketingowcy, a także bibliotekarki oraz bibliotekarze doskonale zdają sobie sprawę. To widać nawet na pierwszy rzut oka, wystarczy zobaczyć, jak projektowane są okładki romansów oraz powieści akcji.

PIW - 2

Jeśli, jak powiedział Michalski, podział wiekowy – a zakładam, że chodzi o wiek czytelnika – jest fikcją, to oznacza że erotykę i horrory można dać dziesięciolatkom? Jeśli chodzi o różnice pokoleniowe to już z własnego doświadczenia wybierania powieści dla babci mogę wam powiedzieć, że one również istnieją. Nie chodzi nawet o tematykę, choć ta również może odegrać rolę. Moja babcia lubi próbować różnych gatunków, acz niekoniecznie daną książkę skończy, gdyż może się jej nie podobać albo nie chce się za mocno denerwować (przypadek Żywych lalek. Powrotu seksizmu Natashy Walter). Nie lubi z kolei prozy artystycznej czy silnie stylizowanej, preferuje raczej lekki, prosty język, taki, który nadaje się do czytania przed snem czy w wolnej chwili.

Być może, jak twierdzi Michalski, nikt mojej babci nie nauczył obcowania z ową „dobrą literaturą”, cokolwiek za tym terminem stoi. Być może odbiły się na niej lata wojny i późniejszego PRL-u, tak jak na młodszych czytelnikach może odbić się zniechęcający do czytania system edukacji polonistycznej. To całkiem możliwe, ale wówczas musimy zwrócić uwagę na coś innego – mianowicie jak nienauczeni przez dziadków czy rodziców młodzi nieczytający mają nagle sami z siebie sięgnąć po ową „dobrą literaturę”? Ci, których “nauczono”, nie są tutaj podmiotem, ponieważ oni po nowe pozycje PIW-u mają większą szansę sięgnąć niż ci, których „nie nauczono”. Tylko – kto ma wtedy uczyć? I dlaczego właśnie czytania wielkich dzieł, a nie po prostu czytania? Badania czytelnictwa wskazują, że naszym problemem jest czytanie w ogóle, w jakiś sposób przestało ono sprawiać radość, zostało relegowane do roli obowiązku lekturowego, dlatego zanim dyrektorzy zaczną załamywać ręce nad tym, dlaczego nie czytamy „dobrej literatury”, powinni zająć się czytelnictwem w ogóle. Zwłaszcza, że od czasu przekształcenia w instytucję kultury leży to w zadaniach PIW-u.

PIW - 7

Château de Belœil, Hainaut, Belgia (tumblr)

Na początku poprzedniego akapitu zadałam pytanie o to, co właściwie oznacza zwrot „dobra literatura”. Poprawna gramatycznie? No, to współcześnie zauważamy problem, rzeczywiście, nawet ze wznawianymi klasykami. Logicznie? Umberto Eco pisał, że każdy tekst powinien mieć jakieś dziury czy niedopowiedzenia, pełniące role furtek dla wyobraźni czytelników. Napisana językiem artystycznym? Ale wtedy Orzeszkowa się nie łapie. Omawiająca tylko doniosłe i ważne problemy? To wtedy skreślamy Wisławę Szymborską i Stefana Chwina, którzy zajmowali się między innymi opisem rzeczy codziennych oraz codziennością. Taka, która zostaje nagradzana? Ale nagrody nie są wcale reprezentatywne – jury ocenia zazwyczaj tylko nadesłane przez wydawnictwa książki i tworzy specyficzny, zamknięty światek, analizowany i krytykowany zresztą przez współczesnych literaturoznawców. Wciągające, zajmujące, zmuszające do przeżyć? Jeśli tak, to na czoło dobrej literatury możemy wystawić choćby 50 twarzy Greya, jeśli wierzyć większości zadowolonych czytelniczek deklarujących, jakoby po lekturze tego eks-fika świat im się zmienił. Pod terminem „dobra literatura” może kryć się kanon literacki, kreowany przez literaturoznawców, krytyków oraz kapituły przyznające razem wzięte i przenikające się. Ale czy cała „dobra literatura” będzie kanonem? Nie mam odpowiedzi na te pytania, zajmując się fikami i literaturą popularną, czytając czasem naprawdę podłe powieści, mangi, oglądając podobnej jakości seriale zadaję sobie trudne pytanie: czy to jest dobre? A jeśli tak, to skąd to wiem? A może w tym, jak bardzo dany tekst jest zły, kryje się coś jeszcze? I kimże ja jestem, żeby mówić co jest dobrym albo złym tekstem kultury? Generalnie zadaję sobie dużo pytań, co zazwyczaj kończy się porzuceniem pomysłu na pisanie.

A teraz zostaje nam już usiąść i poczekać, w którą stronę pójdzie Państwowy Instytut Wydawniczy – plany bowiem planami, a życie życiem. Mam nadzieję, że będzie dobrze.


Baner: Kirrus // Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska i Teya

Advertisements

5 thoughts on “Fikcje rynkowe według Państwowego Instytutu Wydawniczego?

  1. frydzia pisze:

    Twoje pytanie o dobrą literaturę przypomniało mi, że czytałam ostatnio tekst niejako o podobnej tematyce: autor rozważał w nim, w jaki sposób oceniamy książki, a posiłkował się skalami ocen na Lubimy Czytać i Good Reads (i towarzyszącym tam cyferkom słownym opisom). Zasadniczy wniosek był taki, że są dwa główne „nurty” oceniania. Jeden skupia się na samej książce i jej usytuowaniu wśród innych książek (czy za sprawą warsztatu literackiego, tematyki itp. bliżej jej do tzw. literatury pięknej czy do czytadeł), a drugi bazuje na frajdzie, jaką mamy z czytania. Nie wiem jak inni, ale ja zwykle staram się znaleźć równowagę między tymi dwoma skalami. To pokazuje, że pod pojęciem „dobra książka” może kryć się naprawdę wiele, a dodatkowo dochodzą do tego jeszcze kompetencje oceniającego.
    Tak tylko dorzucam pytań i problemów do rozważania ;)

    Polubione przez 1 osoba

    • Aninreh pisze:

      Wczoraj znajoma jeszcze dorzuciła, że w skład kanonu (definicyjnie) wchodzą książki, które były przełomowe i coś zmieniły na całym rynku, co można ocenić z perspektywy historycznej. Ale wtedy do tego kanonu ma szansę wejść… Grey :D

      I tak, pytań jest milion, jeśli nawet nie więcej :< Ja się staram oceniać pod kątem literackiej jakości (stylistyka, logika, konstrukcja świata) oraz właśnie owej frajdy (acz to tak bardzo subiektywne jest).

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s