Kościół, stygmaty i miecze – recenzja mangi „Stigmata” #1

Jak najłatwiej zapewnić sobie lojalność największego stygmatyka-wojownika z amnezją w walce o przetrwanie świata? Dać mu jedzenie. Dużo dobrego jedzenia. Wtedy przynajmniej przez pewien czas znajdzie się po stronie świętej sprawy. Tak mniej więcej przebiega proces rekrutacyjny nowego zbawcy świata w mandze Ko Yasung, o bardzo długim tytule Stigmata. Czterej Jeźdźcy Apokalopsy-Święty w ogniu wykuty. Tytuł ten wpisuje się w nurt fantastyki chrześcijańskiej, przez co  możemy w tejże historii spodziewać się księży, papieża, modlitw, a także tytułowych stygmatyków w całkiem nowych i niespodziewanych rolach. W świecie wykreowanym przez Yasung po raz kolejny zmierzą się ze sobą boscy słudzy i demony w odwiecznej walce o przetrwanie świata i ludzi.


stigmata-1-1
Trudno mówić w przypadku Stigmaty o jakiejś świeżej, porywającej fabule, czy zastosowaniu fenomenalnego systemu w obrębie azjatyckiego eksploatowania chrześcijaństwa. Konstrukcja samej historii pierwszego tomu ma spełniać określone cele i je właśnie widać – ma przede wszystkim zainteresować, a także posługiwać się dostatecznie znanymi motywami, aby zapewnić sobie przychylność czytelników. I tak właśnie się dzieje – tej mangi trudno nie polubić. Jest zabawna, dużo się dzieje, no, a przede wszystkim, pierwszy tom wprowadza tajemnicę, której rozwiązanie, zapewne, pojawi się dopiero w późniejszych odsłonach serii. Krótko mówiąc – jest wędka i jest haczyk, wystarczy tylko się na nie złapać.

Cała nasza historia rozpoczyna się dziesięć lat po Świętej Wojnie, gdy panuje pozorny pokój – demony zostały pokonane, wszystko powróciło do normy. Radem, specjalny oddział kościelny zwalczający zbrodnie okultystyczne, ma jednak wciąż ręce pełne roboty, gdyż demony powoli powracają na ziemię w poszukiwaniu zemsty. Walkę utrudnia fakt, iż tym razem siły ciemności mają nad boskimi sługami podwójną przewagę – wszelkie oznaki ich aktywności są zamiatane przez Kurię pod dywan, a także, co gorsze, duchowni utracili po Wojnie swoją świętą moc. Przez wzgląd na to ostatnie Radem poszukuje tych, którzy zachowali swoje nadnaturalne zdolności. Tak oto poznajemy siostrę Rosę, której powierzono arcyważną misję odnalezienia takiej osoby, ojca Gabriela Iotę. Samo spotkanie i odnalezienie nie przebiegło do końca zgodnie z planem Rosy, a sam Iota nie pamięta, kim jest. Dzięki pomocnemu demonowi, który postanawia ojca Gabriela wyeliminować, dowiadujemy się paru istotnych faktów dotyczących tego sympatycznego młodo wyglądającego człowieka. Między innymi tego, że Iota jest stygmatykiem, weteranem i bohaterem Świętej Wojny, a także, że ukrywa w sobie jakieś szaleństwo czy brutalność. Przekupiony przez szefa Radem obietnicą otrzymania każdego jedzenia, jakiego tylko zapragnie, były ksiądz zgadza się przystać do kościelnego oddziału, rozpoczynając tym samym podróż w poszukiwaniu własnych wspomnień. Kluczem wydaje się poznana w ostatnim rozdziale widząca przyszłość tajemnicza Panienka Lulu, również stygmatyczka, posiadająca własne sekrety oraz wysokiej rangi demony podążające jej śladem. W pierwszym tomie pojawia się dość zagadek, aby wzbudziły chorobliwą czytelniczą ciekawość, zmuszającą do sięgnięcia po kolejny tom.

Sama kreska Stigmaty jest najzwyczajniej w świecie ładna, utrzymana raczej w graficznej stylistyce shounen. Nic w tym zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę tempo akcji i ilość scen walki. Zachwycać się można paroma spektakularnymi scenami, kiedy to uaktywnia się zamknięta w stygmatach święta moc. Zostały przedstawione z większą dbałością, sprawiając, iż są po prostu śliczne, dopracowane, jasne, z dużą ilością piór oraz skrzydeł. Z kolei samemu stylowi rysowania autorki, w który wliczymy całą warstwę graficzną, mogę zarzucić dwie rzeczy. Pierwszą jest mało imponujący design postaci demonów, które wypadają stosunkowo cienko w zestawieniu z bohaterami. Lordowie piekieł powinni mieć odpowiednią aparycję, a nie jedynie dobrze dobrane akcesoria do swojego stroju. Drugą, natomiast – nieczytelność niektórych kadrów przedstawiających sceny walki, głównie przez umieszczanie tak dynamicznych scen w zbyt małych kadrach. Można, oczywiście, tłumaczyć to przyjętą stylistyką, nie zmieni to jednak faktu, iż nie cały pierwszy tom został przygotowany idealnie. A jeśli już o wyglądzie mangi  mowa, to z technicznych spraw dotyczących polskiego wydania, Stigmacie zarzucić można jedynie obecność pojedynczych, ściętych zbyt szczodrze stron, gdzie przycięciu uległy kadry, onomatopeje czy ostatnie litery w linijkach wypowiedzi. Jest to jednak jedyny zarzut, jaki można wysunąć. Tłumaczenie trzyma poziom, jaki narzuciło sobie Studio JG, dzięki czemu czytelnik nie pogubi się w osobach mówiących, zdaniach, czy interpunkcji. Oko również wciąż cieszy fakt, iż pomimo wydawniczego krachu, wydawane mangi są wciąż drukowane na białym papierze. Niby mały szczegół, a jednak dobrze wpływa na odbiór estetyczny. Od razu widać, że o świętych będzie mowa.

Lektura Stigmaty nie sprawi, że w czasie czytania zgubimy buty czy jakąkolwiek inną część garderoby, ale nie można jej odmówić bycia miłą, przyjemną lekturą. Na pewno sprawi czytającym sporo radości i uciechy, dzięki wplecionym komicznym gagom i dynamicznej akcji. Zobaczymy, jak będzie dalej.


Tekst pierwotnie ukazał się na Gildia.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s