Z deszczu pod rynnę w „Śpiącym Księciu” Melindy Salisbury

Śpiący Książę nie śpi. Rząd Tregellanu robił wszystko, aby tylko podpisać z nim traktat pokojowy, ale gdy jest się pogrążonym we śnie przez pół millenium, a trucizna jakiegoś szczurołapa odbiera świetlaną przyszłość – pokój nie ma znaczenia. O, nie. Aurek, Śpiący Książę, nie zamierza wpasować się w zastany świat – chce odebrać to, co mu się należało. W czasie swojego marszu zdobył już Lormere, zabijając nowo koronowanego króla Mereka, a teraz rusza na Tregellan. Nic już nie będzie takie samo.

śpiący książę - 1

Córka Zjadaczki Grzechów Melindy Salisbury była książką dobrą – ani wybitną, ani fenomenalnie złą. Ot, miłym czytadłem ze wspaniale ogranym motywem wyizolowania głównej bohaterki, z punktu widzenia której prowadzona była narracja, nie do końca wyróżniającym się w oceanie podobnych powieści debiutem. Ale jej druga część, Śpiący Książę, to już zupełnie inna historia – dosłownie i w przenośni. Salisbury potrafi kręcić, motać i odwracać naszą uwagę, aby potem roześmiać się nam prosto w twarz i zaserwować opowieść, której się nie spodziewaliśmy.

Ale od początku. Drugi tom trylogii ma nową narratorkę, Errin, mieszkającą przy granicy z Lormere z chorą, szalejącą przy pełni księżyca matką. Dziewczyna nie ma łatwego życia – zmuszona została przez śmierć ojca do wyprowadzki do miasta wyrzutków, Almwyk, i porzucenia światłej przyszłości aptekarki. Gdy przychodzi wieść, że dziura, w której przyszło jej żyć, ma zostać zmieniona w koszary, Errin nie ma pojęcia, co zrobić. Nie może dopuścić, aby mieszkańcy dowiedzieli się o matce, nie może opuścić tej nory, ponieważ jak inaczej odnajdzie ją brat, Lief, który miesiące wcześniej powędrował do Lormere? Dotychczas dawała sobie radę, przygotowując różne mikstury dla tajemniczego Silasa, niepokazującego twarzy przestępcy, który przynajmniej dobrze płacił. Ale co miała zrobić teraz? Bez pieniędzy i rodziny? Gdy wydaje się, że Errin znalazła się w sytuacji bez wyjścia – pomoc przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. Od Silasa.

Zmiana głównego bohatera to zawsze dość ryzykowna decyzja – jeśli czytelnicy polubili czy pokochali poprzednią postać, z punktu widzenia której prowadzona była historia, mogą źle zareagować na podobny zabieg. Salisbury oddała jednak głos bohaterce, której wcześniej nie znaliśmy i była to świetna decyzja. Errin trudno nie polubić – dziewczyna kieruje się w życiu określonymi wartościami, walczy zębami i pazurami, aby przetrwać i nie utonąć w desperacji. Chce ochronić i uratować matkę za wszelką cenę, nawet jeśli musiałaby poświęcić jedyną przyjaźń, jedyną relację, która miała szansę dać jej szczęście. Nie jest przy tym idealna, błądzi po omacku w nieznanym sobie świecie i popełnia błędy, również takie, które mogą kosztować wszystkich zwycięstwo Śpiącego Księcia. Jeśli o mnie chodzi – zdecydowanie kibicuję jej bardziej niż Twylli. A skoro już mowa o tytułowej bohaterce całego cyklu – Salisbury wcale o niej nie zapomniała. Wręcz przeciwnie, to, co jak rozwinęła jej historię w drugim tomie jest po prostu fantastyczne. Zaczynam się poważnie obawiać tego, co znajdzie się w trzeciej części. I już nie mogę się doczekać.

Trylogia o Córce Zjadaczki Grzechów jak na razie ma jeszcze jedną, fantastyczną cechę – to opowieść, w której kobiety grają pierwsze skrzypce. I to nie tylko narracyjne. Przypomnę, że w pierwszym tomie najważniejsze były trzy bohaterki: Twylla, jej matka oraz Królowa. W Śpiącym Księciu pierwsze skrzypce odegrają Errin, Twylla i cały zakon kobiet, który zrobi wszystko, aby pokonać Aureka. Przy czym nie mamy wcale do czynienia z załamującymi ręce dziewczątkami potrzebującymi wciąż ratowania – o, nie. Bohaterki Salisbury znajdują się w takich sytuacjach, że muszą same o siebie zadbać – i to robią. A kiedy trzeba, połączą siły.

Śpiącego Księcia warto przeczytać – to jedna z tych perełek fantasy dla młodzieży, która spodoba się również starszym czytelnikom. Zawiera w sobie więcej wątków i problemów, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Doskonale wykorzystuje przy tym znane schematy po to, aby uśpić czujność czytelników. I tu rodzi się pytanie: czy trzeci tom możemy dostać już teraz, a najlepiej na wczoraj?


Tekst pierwotnie ukazał się na Gildia.pl. // Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska

Reklamy

2 thoughts on “Z deszczu pod rynnę w „Śpiącym Księciu” Melindy Salisbury

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s