Pożegnanie Opportunity i zmiany w wizerunku maszyn

Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze niecałe dziesięć lat temu, że będę ocierać oczy z łez, ponieważ NASA straciła kontakt z wysłanym na Marsa robotem badawczym, popukałabym się w czoło i zbyła to kpiącym wzruszeniem ramion. Tymczasem tak się właśnie stało – siedziałam w pracy i popłakiwałam, przeglądając wpisy użytkowników Twittera dziękującym maszynie za jej ciężką pracę oraz niesamowicie długą służbę ludzkości.

Wierzcie mi, to są naprawdę piękne wpisy, celebrujące łazika, którego budowano, aby działał 90 dni, a eksplorował czerwoną planetę prawie 15 lat, odkrywając między innymi jej podpowierzchniowe złoża wody. Oppy, jak pieszczotliwie nazywano Opportunity, została w końcu pokonana przez piaskową burzę, a jej ostatnia przesłana do NASA wiadomość brzmiała:

My battery is low and it’s getting dark

(Moja bateria jest na wyczerpaniu i robi się ciemno)

Źródło

Wczoraj oficjalnie zakończono tę trwającą nad wyraz długo, bogatą w odkrycia oraz dane misję. Jeśli wierzyć wieściom z Amerykańskiej Agencji Kosmicznej – nie przyszło ono łatwo wszystkim zaangażowanym badaczkom i badaczom. We wtorek kontrolerzy wysłali jeszcze ostatnie polecenia do łazika, mając nadzieję, że jeszcze jest dość funkcjonalny, aby zareagować. Razem z komendami przesłali również utwór Billy’ego Hollidaya I’ll Be Seeing You. Odpowiedziała im jedynak jedynie cisza.

Rozwój technologiczny sprawił, że roboty i sztuczne inteligencje w pewnym momencie przestały być jedynie rzeczami, a stały się uczestnikami i uczestniczkami dnia codziennego. Większości już nawet nie zauważamy, stanowią bowiem stały element naszego krajobrazu. Czy ktoś się zastanawia nad tym, że zmieniające się na skrzyżowaniach czy przejściach światła są sterowane przez komputer? Że ten telefon, co w niego z tak wielką chęcią spoglądamy, to właściwie już mała sztuczna inteligencja? Jak często zastanawiamy się nad tym, że programy, z których korzystamy uczą się, co lubimy, a czego nie, dobierając treści odpowiednio pod tym kątem? Fakt, daleko jej do wizji rodem z Matrixa, wciąż jednak niezaprzeczalnie i coraz częściej wykorzystujemy technologiczne zdobycze XXI wieku w najbardziej przyziemnych sprawach – polegamy na maszynach. A co za tym idzie, zmieniliśmy również do nich podejście.

W 1966 roku w odcinku The Tenth Planet po raz pierwszy w Doctorze Who pojawiają się Cybermeni. Humanoidalne roboty, które okazują się być cyborgami – to mechaniczne ciała sterowane ludzkim mózgiem, coś jak Major Kira z amerykańskiego Ghost in the Shell (2017), w przeciwieństwie jednak do niej ci antagoniści charakteryzowali się jedną, straszliwą cechą: nie posiadali emocji. Wielu badaczy łączy Cybermanów z charakterystycznym dla tego okresu lękiem przed rozwijającą się oraz coraz bardziej ekspansywną technologią – a zwłaszcza przed rozwijającą się protetyką oraz badaniami nad szeroko rozumianym połączeniem ludzi albo zwierząt z robotami, by mogły pracować w przestrzeni kosmicznej. Bano się do czego doprowadzi podobny kierunek medycyny oraz techniki i to znalazło swoje odzwierciedlenie również w kulturze popularnej. Nie inaczej było właśnie z Cybermenami, których początkowe projekty wzbudzały znacznie bardziej mieszane uczucia niż te dzisiejsze – na początku bowiem serialowe cyborgi miały jeszcze ludzkie dłonie oraz wyraźnie ludzkie twarze. Tym bardziej odzwierciedlały to, do czego może doprowadzić człowieka zachłyśnięcie się możliwościami oferowanymi przez cybernetykę oraz robotykę i porzucenie „człowieczeństwa”. Jeszcze przez długi czas maszyny i roboty będą lustrem naszych lęków czy zagrażającymi nam bytami (jakikolwiek jest ich status ontologiczny w ramach tak naszego świata, jak i tych fikcyjnych).

Prezentowane w kulturze popularnej dominujące podejście do maszyn, robotów czy cyborgów zaczyna się jednak powoli zmieniać. W Terminatorze Jamesa Camerona, klasycznym i kultowym już filmie z 1984 roku, tytułowy antagonista przybywa z przyszłości, aby zgładzić przyszłego przywódcę ludzkiej rebelii przeciwko rządom maszyn. Ale już w 1987 roku na ekrany kin wchodzi RoboCop Paula Verhoevena, w którym oglądamy tragedię głównego bohatera – byłego policjanta przemienionego w ramach eksperymentu w cyborga, w którym człowieczeństwo (wspomnienia, emocje) walczą z wpisanym mu programem działania. Te dwa filmy mocno ze sobą kontrastują względem tego, jak ukazują maszynę – RoboCop, będąc cyborgiem, ukazany jest jako bohater tragiczny, uczłowieczony pomimo swojej nieorganicznej powłoki. W tym sensie pozostaje zupełnym przeciwieństwem Terminatora, prawda? Pomimo tego, że kultura popularna jak gąbka wchłonęła oraz wykorzystała ówczesne lęki (nie, żeby teraz tego nie robiła podobnie), pojawiały się na jej kanwie również propozycje idące nieco w poprzek tego schematu, powoli wprowadzające nowy wizerunek cybernetycznie ulepszonych albo też skonstruowanych w pełni przez człowieka bohaterów. Nie pretenduję tutaj do odtworzenia dokładnie przebiegu tych zmian, raczej chcę pokazać, że, po pierwsze, w pewnym okresie dominował obraz morderczego robota, który później ulegał powolnym przekształceniom w coś nowego, odświeżającego, antropomorfizującego oraz oswajającego tego złego, mechanicznego Innego. W jakiś bowiem sposób przeszliśmy od pozbawionych emocji, okrutnie wręcz pragmatycznych Cybermenów do Wall-E, od strachu do rozczulania się nad losami niewielkiego robocika, który powoli, dzień za dniem sprzątał planetę, którą zniszczył człowiek oraz… jego historii miłosnej.

Echa tego lęku przed maszynami wciąż, naturalnie, możemy odnaleźć, w popkulturze rzadko kiedy jakiś motyw ginie zupełnie. I tak technologię w roli zagrażającej zobaczymy w przywołanym już w tej notce Matrixie (1999), w którym ludzie przegrywali walkę z własnymi kreacjami, zostali zmuszeni do wycofania się w głąb planety, a sporą część populacji maszyny uprawiały na energię. W amerykańskim Ghost in the Shell (2017) zagrożenie przychodzi ze strony ulepszonego cybernetycznie człowieka, wprawdzie posiadającego uczucia, ale już nie wspomnienia. A, w wydawałoby się, całkiem lekkiej i przyjemnej serii powieściowej Saga Księżycowa Marissy Meyer, wciąż można odnaleźć ślady odziedziczonego z lat 60. lęku przed utratą pełnej organiczności na rzecz wytworzonych przez człowieka ulepszeń. Jak pokazuje również dokument Maxima Podorovkina, The Truth About Killer Robots, różowo w kwestii akceptacji obecności robotów w naszej codzienności nie jest – i to też widać w kulturze popularnej, w tych właśnie powracających echach niepokoju.

Tymczasem, poza kulturą popularną, w świecie całkowicie realnym oraz całkiem dosłownie na innej planecie niewielki robot przez prawie piętnaście lat prowadził niestrudzenie badania miejsca, do którego człowiek coraz częściej bardzo pragnąłby się udać. A po wykonaniu swojej misji, po wysłaniu ostatniego, naprawdę smutnego w swoim wydźwięku komunikatu ludzie mu dziękują [2] za wspaniałą pracę oraz służbę.


[1] Bawi mnie takie spolszczenie – w „cybermenach” są dwie liczby mnogie: angielska i polska. Więc, zakładam, że chodzi o morze tych złoli.

[2] A także wysuwają propozycję, żeby spróbować odzyskać Oppy. Na przykład kogoś po nią wysłać. Byle nie Matta Damona.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s