Nikt nie powiedział, że nie można spróbować jeszcze raz. „Koi wo egakeba iro ga saku” Shōty Kon

Przyznaję, że wybierając na futekiya do poczytania Koi wo egakeba iro ga saku (jp. Jak namalujesz miłość, kolory zakwitną) Shōty Kon nie spodziewałam się tak dobrze napisanej, pozytywnej i ciepłej mangi. Generalnie takie klikanie na chybił trafił po tytułach albo okładkach jest taktyką obarczoną sporym ryzkiem trafienia na mangę, jakiej nigdy nie chciało się czytać, ale również dobrym sposobem na wyjście poza spoza dotychczasowego, bezpiecznego bąbelka twórczyń i twórców, znalezienia tej perełki, o jakiej trudno będzie zapomnieć. Tym razem naprawdę mi się udało wykopać coś fajnego.

Nie zraźcie się tym, że pierwsza strona Koi wo ekabeba iro ga saku zapowiada kolejne szkolne love story – w istocie nasi bohaterowie są studentami, a ich drogi niegdyś skrzyżowały się nieznacznie w gimnazjum. Tak naprawdę historia zaczyna się w momencie, gdy Ryujego HONJO rzuciła dziewczyna – kolejna, co z radością wytkają mu bracia. No ale cóż, starał się, żeby ten związek się utrzymał, ale nie wyszło, trzeba żyć dalej. Tego samego dnia, na uczelni, jego kumpel wpada przez przypadek na innego chłopaka z kampusu, Leo ICHINOSE, nieco strasznego, a na pewno takie, co dziwnie zareagował na widok Ryujiego. Niedługo później obaj znaleźli się na tej samej, zakrapianej alkoholem imprezie, na której nieznajomy obserwuje Honjo, a kiedy ich spojrzenia się spotykają – ponownie ucieka. Tym razem jednak nasz bohater zamierza dowiedzieć się, o co właściwie chodzi. Niestety Ichinose nieco przesadził z alkoholem – ostatecznie decyduje się więc odprowadzić go do domu. Tuż przed zaśnięciem, w pijackim zwidzie chłopak pyta Ryujiego czemu przestał grać w piłkę. I tak zaczyna się ich znajomość – chociaż bowiem chodzili do tej samej szkoły, nigdy tak naprawdę się nie poznali osobiście. Teraz, na studiach, zaczynają spędzać coraz więcej czasu ze sobą – Honjo po raz pierwszy wyjawia komukolwiek, dlaczego porzucił piłkę nożną, coś, co kochał całym sobą, a Leo dzieli się z nim swoim sekretem: faktem, że nie rozróżnia kolorów. Ich znajomość powoli, dzień za dniem się pogłębia. A szczerość, z jaką Ryuji mówi o swoich uczuciach i to, jak często i bez większego namysłu dotyka Leo, tylko się do tego przyczynia.

Zacznę od tego, że Koi wo egakeba iro ga saku jest drugą mangą Kon, będącą spin offem – czego dowiedziałam się, zasiadając do pisania tejże notki (klikanie na chybił trafił ma swoje konsekwencje) – Hibi mo tsumoreba koi to naru, w którym to komiksie Ryuji obsadzony został jako kumpel głównego bohatera i, w pewnym sensie, akuszerka jego związku. Dla mangi, o której tutaj rozmawiamy, nie ma to jednak większego znaczenia, można ją spokojnie przeczytać oddzielnie i nic nam większego nie umknie. Charakterologicznie Honjo jest dokładnie taki sam: wesoły, biorący życie takim, jakim ono jest, a przede wszystkim szczery i nieumiejący w japońską etykietę kontaktu cielesnego. Obie narysowane są naprawdę sprawnie i bez większych wpadek, jakie zdarzają się debiutantom – kadrowania są i interesujące, i dopasowane do emocjonalnego charakteru sceny. A sama historia? No, nie taka płytka, jak byśmy się spodziewali – w obu bohaterowie mają już jakiś swój bagaż problemów, z którymi próbują sobie desperacko poradzić, co udaje im się dopiero w kontakcie z drugą osobą, której wreszcie o nim opowiadają.

Jeśli jednak pokusilibyście się o przeczytanie debiutanckiej pracy Kon, zauważycie zapewne, że już w nim mangaka wykazała się sporą dawką wyczucia, empatii, a przede wszystkim rozsądku w kreowaniu związku między protagonistami. Żaden z nich bowiem, nawet po deklaracji uczucia i odwzajemnieniu go, nie spieszy się do owego związku konsumpcji, choć nie można powiedzieć, że tego nie pragną. W Koi wo egakeba iro ga saku Ryuji wprost wręcz stwierdza, iż seks przede wszystkim ma być radosną i przyjemną aktywnością łącząca dwie osoby, cokolwiek innego nie wchodzi dla niego w grę. Dlatego woli poczekać, przygotować i siebie, i Leo do czegoś więcej, jeśli, oczywiście, Ichinose będzie miał na to ochotę. Dokładnie tak – nie mamy tu do czynienia z charakterystycznym dla boys’ love łańcuchem nagłych zdarzeń, prowadzącym od wyznania miłości przez osoby niemające doświadczenia w seksie z mężczyzną do pełnej penetracji. I chociaż ja zawsze tłumaczę sobie stosowanie tego rozwiązania, jako pokłosie ograniczonego miejsca w tomiku i oszczędności „czasu antenowego”, Kon pokazuje, że można sprawnie narysować historię, w jakiej związek rozwija się powoli, mądrze, a i jego bohaterowie odkrywają razem swoje ciała i płynącą z nich przyjemność, zamiast odstawić „sex instant”, jak jakąś erotyczną chińską zupkę.

Wracając już wyłącznie do Koi wo egakeba iro ga saku – ta praca Kon opowiada po prostu o dwóch chłopakach, którzy w pewnym momencie swojego życia musieli porzucić marzenia przez wzgląd albo na uraz, albo ujawniony problem. Chociaż wydają się tym zbytnio nie przejmować, wciąż ich to prześladuje, kładzie się cieniem na wszystko, co robią. Gdy spotykają się na studiach, dość nieoczekiwanie stają się dla siebie oparciem, pomagając znaleźć nowe drogi do spełnienia marzeń. To Leo zresztą mówi Ryujiemu, że nigdzie nie zapisano, że jeśli raz człowiek się podda, to już nigdy nie może powrócić do tego, co kochał. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby poszukać innych sposobów kontaktu z tym, co się kocha i po prostu czerpać z tego radość. Zresztą, te same słowa w późniejszej części tomu Ryuji będzie musiał Ichinosemu powtórzyć, ale tak to już jest, że czasami musimy usłyszeć podobne stwierdzenia od innych, abyśmy i sami to zrozumieli. Nasi bohaterowie zresztą wiele ze sobą rozmawiają i to wcale nie o niczym, szczerość Ryujiego na to właściwie nie pozwala – nie owija w bawełnę, nie chowa się sam przed sobą. Jednocześnie dystans, również fizyczny, dość szybko się między chłopakami skraca – znajdziemy w tej mandze Kon wiele naprawdę pełnych czułości gestów czy subtelnych muśnięć, i to takich prawie nieświadomych, najlepiej przekazujących uczucia.

Przy czym Ryuji i Leo wcale nie padną sobie ot tak, w ramiona – czeka ich po drodze niewielki kryzys, z jakiego wyjdą tylko i wyłącznie dzięki temu, że Honjo, po raz pierwszy tak naprawdę, ale to naprawdę zakochany, nie zamierza się poddać, dopóki ze sobą szczerze i bez ukrywania czegokolwiek nie porozmawiają. Nie znajdziemy tu zatem nad wyraz dramatycznego, chociaż nieco smutku i melancholii w dalszych rozdziałach Koi wo egakeba iro ga saku nie zabraknie, ale też nie będzie ich za dużo, bohaterowie Kon wydają się przedkładać komunikację nad pozbawione większego sensu samoumartwianie się. Nie powiem, przemiła odmiana od kilku ostatnich mang, jakie miałam okazję czytać, aż szkoda, że spod ręki Kon nic więcej na razie (!) nie wyszło. Warto tę autorkę obserwować.

Jeśli ktokolwiek by się skusił na wydanie tej mangi w Polsce: nie wahajcie się ani przez chwilę, ponieważ naprawdę warto. A na razie mangę można przeczytać w serwisie futekiya.


Metryczka

  • Liczba tomów: 1
  • Tytuł japoński: 恋を描けば色が咲く(Koi wo egakeba iro ga saku)
  • Wydawca oryginalny: Shueisha (.Bloom)
  • Data wydania japońskiego: 2019
  • Demografia: josei
  • Gatunek: boys’ love

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s